Wszystko albo nic

Deszczowe, niedzielne popołudnie. Wypełniona po brzegi sala jezuickiej uczelni czeka na spotkanie z niebanalną zakonnicą. Jej wyjątkowość polega na tym, że ani trochę nie przypomina zakonnic jakie znamy, do świeckich też nie pasuje. Jest gdzieś pomiędzy. Zbyt prawicowa dla lewicy, bo żyje Chrystusem w Kościele. Dla prawicy lewaczka, bo wyznaje radykalizm ewangeliczny, w miłości. Boją się jej od prawa do lewa, młodzi i starzy. Gdyby uznać słowa Franciszka w Krakowie za proroctwo, to jest uosobieniem zapowiadanej utraty komfortu kanapowego.  Po prostu przyszła i zaczęła mówić o Bogu i człowieku. Przed trzydziestoma laty skutecznie wysadziła w powietrze własne życie, wczoraj zrobiła to z moim.

Dotychczas dobrze się czytało s. Chmielewską, ale spotkać ją i usłyszeć – bezcenne. Wprowadza ewangeliczny niepokój do naszego myślenia. Wyraża się on w trosce o potrzebujących, braku obojętności wobec nich. Szczególnie uderzający jest jej pragmatyzm i mądrość pomocy, którą niesie. Miłość idzie w parze z rozumem, a to dowód, że biedak jest na pierwszym miejscu w tej relacji. W czasach, gdy miłosierdzie kojarzy się z dość infantylną postawą polepszania na siłę życia ubogich (innych) według własnego scenariusza, Ona z uporem maniaka mówi o pomocy indywidualnej, dobranej do specyficznych potrzeb, do konkretnego człowieka. Nie dla własnego samopoczucia. Angażuje zainteresowanego, by sobie pomógł. Jak sama mówi nie prowadzi działalności usługowej tylko domy, a w domach jest się domownikiem odpowiedzialnym za wspólnotę i za siebie. Różnie odczytujemy radykalizm do jakiego wzywa nas Chrystus. Siostra Chmielewska za św. Pawłem robi to w sposób bezbłędny: chodzi o radykalną miłość bez uprzedzeń, piętnowania, odmawiania praw i bierności. Taki jest jej Kościół marzeń i ja to marzenie podzielam całym sobą.

Wiele trzeba zmienić w nas samych, we mnie. Nie na darmo Bóg wzywa w Biblii: nawróć się. Inspiracją do tekstu była pewna sytuacja. Kilka tygodni temu przeprowadzałem się do nowego, mniejszego mieszkania. Ilość rzeczy jakie wydawały mi się potrzebne była imponująca. To był dobry moment na pożegnanie się z nadmiarem dóbr. Skrupulatnie przejrzałem swój dobytek i postanowiłem przekuć własną słabość do chomikowania w coś pozytywnego. Niosąc ubrania do jednej z krakowskich garderób dla bezdomnych zastanawiałem się, czy realnie pomogę komukolwiek. Dobrze byłoby spotkać  kogoś i rozpoznać w jego ubiorze jakiś element własnego. Taki dowód dla niedowiarka. Dziś spotkałem bezdomnego w charakterystycznej bluzie przeciwdeszczowej, którą oddałem. Rozpoznałem ją po drobnym uszkodzeniu jakie sam naprawiłem. Pech chciał (a może to Opatrzność), że natknąłem sią na pana wychodzącego ze sklepu monopolowego pod wpływem alkoholu. Trudno się cieszyć z tego. Wątpliwa radość mieszała się więc z oburzeniem, niesmakiem i zawodem. Takie ludzkie myślenie: chciałem pomóc, oddałem wartościowe rzeczy i teraz nosi je pijak, który pewnie nie dość, że nie docenił tego, to jeszcze zmarnował szansę na zmianę swojego życia na lepsze. W tym momencie roześmiałem się na głos. Moja własna argumentacja  była głupia i zabawna jednocześnie.

Szkoda, że ta cenna bluza w sposób magiczny odmieniająca życie nie działała kiedy ją nosiłem. Gdybym tylko wtedy wiedział o tym, to zakładałbym ją zawsze kiedy miałem problemy. Do tego sprowadzało się moje myślenie. Wymagałem więcej od obcego mężczyzny niż wymagam od siebie. Dlaczego mam pomagać tylko kiedy mi się to opłaca? Czy wszystko co robię musi od razu mieć dla innych sens eschatologiczny? Może to nas blokuje przed pomaganiem? Głodnych nakarmić, nagich przyodziać, strapionych pocieszać, chorych nawiedzać. Tam nigdzie nie ma paragrafu: pod warunkiem trwałej zmiany ich stanu i braku ryzyka powrotu do dawnego życia. Wielka szkoda, że nie jestem równie krytyczny wobec siebie spieszącego do konfesjonału i wciąż otrzymującego przebaczenie na krechę. Ten kredyt powinienem spłacić za życia przez bycie miłosiernym, tak jak tego sam doświadczyłem nie raz.

W pomocy ważny jest jeszcze jeden aspekt, o którym ta sytuacja również mi przypomniała. Jezus mówi wprost: niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa [Mt 6,3]. To co dajesz przestaje być twoje. Trzeba się z tym pożegnać, bo może wyświadczę dobro drugiemu, ale mnie na dno pociągnie własna pycha. Najczęstszym problemem dla ludzi jest dawanie pieniędzy. Ubodzy jak nikt inny przypominają nam, że pieniądze to możliwości. Ten kto je ma może zrobić z nimi wszystko. I to jego prawo, a my dając musimy o tym pamiętać. Zatrzymanie się przy ubogim i poświęcenie mu czasu może dać nam odpowiedź o jego prawdziwych potrzebach (świadomych lub nie). Może nie mieć dokąd iść, być głodnym, chorym i obcym przez co nawet nie wie gdzie szukać pomocy. Cokolwiek od nas otrzyma nie jest już to nasze. Czas na naszą naukę i jego refleksję jest przed tym.  Zbyt chętnie pociągamy za sznurki nie swojego życia: za moje pieniądze będziesz żył jak ja tego chcę. Dajesz je komuś to zapomnij o nich. Masz obowiązek objaśnić i radzić jak mądrze je wydać, być może tego nie wie, nie ma zdolności.  Mówisz jednaj już nie o swoim. Nie wywyższaj się. W miłosierdziu chodzi o to, żeby być równym pomimo ubóstwa i różnic. Wymagać natomiast trzeba z wrażliwością, tyle ile ktoś może podjąć wyzwania. Jak nie staram się poznać człowieka trudno żebym był wyrozumiały dla niego. Osobę sparaliżowaną nosi się na własnych plecach, a nie stawia na nogi, które nie domagają. To wymaga zejścia do jej poziomu i wejścia w inny świat.

Wczorajsze spotkanie z szaloną zakonnicą i dzisiejsze z bezdomnym są dowodem dla mnie, że zawsze warto pomagać. Bez dorabiania ideologii, to ma już wystarczający własny sens. Chodzi o to, by pomagać naprawdę, a nie pudrować trupa, który ma przystawać do naszego schludnego świata. Robiąc to będziemy więc brudni tym z czego wyciągamy ludzi, tak rozumiem słowa papieża Franciszka: ubrudzić sobie ręce miłosierdziem. Nie każdy z nas ma powołanie do poświęcenia życia na pomoc ubogim, ale każdy w życiu spotyka przynajmniej jednego i każdy może sprawić, że z czasem będzie o tego jednego mniej. Tak to s. Małgorzata wywróciła mój świat mówiąc tylko o ewangelii – a to dopiero początek. Więcej praktyki, mniej teorii.

*foto: Super Express

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *