Święty chillout

Trudności i konflikty są wpisane w nasze życie. To wyjątkowo nieznośne, ale też bardzo twórcze momenty. Chcę wierzyć, że Bóg stworzył nas, byśmy byli szczęśliwi, ale też życie bez przeszkód na drodze traci swój charakter. Nie chodzi o to, by zaciskać zęby i biczować się dla większego sensu. Po prostu pokonywanie ich sprawia, że dowiadujemy się o nas samych zaskakujących rzeczy. Będę jednak bardziej wdzięczny za dar mądrości i roztropności, bym potrafił w porę zapobiegać kryzysom, niż w ostatniej chwili leczyć ich konsekwencje – własne rany.

Spośród wszystkich kryzysów najcięższy jest kryzys wiary, bo każdy w coś wierzy. Wierzymy w siebie, w drugiego człowieka, w miłość, w szlachetne wartości i w idee. Wszyscy wierzymy w Boga. Dla niektórych to Ten pisany wielką literą, dla innych bogiem stają się jego poglądy, przyzwyczajenia i skłonności. Tak czy inaczej każdy z nas jest wierzący – otwarcie lub skrycie. I ta wiara nadaje sens temu, co robimy.

Kryzysy wiary są nieuniknione. Bóg jest obecny w świecie, dlatego wszystkie pytania siłą rzeczy konfrontują się z tajemniczym „Ja Jestem”. Rosnę, zmieniam się, upadam wstaję, biegnę – jestem plastyczny, i tak się zmienia też moja wiara, razem ze mną. Bo wiara to proces. Trudno ją zbadać za pomocą naukowych metod, ale ona istnieje. Dowód na jej istnienie zyskujesz codziennie – doświadczasz jej.

Wychowani zostaliśmy w czasach, w których liczy się efektywność. We wszystkim trzeba mieć wyniki, a kryzys to kolejne zadanie do rozwiązania. Trzeba być zwycięzcą, nie ma czasu na refleksje. Społecznie akceptowalny jest jeden czas: NATYCHMIAST. Duchowość „ASAP” zamieszkała w nas na dobre.

Ja tymczasem lubię spędzać czas z moimi kryzysami. Nie darzę ich nadmiernym zainteresowaniem, nie adoruję, ale też nie pozbywam się, jak niechcianego prezentu. Moja duchowość na dziś to „odpuść sobie” – tak jak i On mi odpuścił. Warto po prostu uznać, że dziś nie jest odpowiedni czas, by walczyć. Pozwalam sobie na utratę wiary, na zagubienie się i na obojętność. Nie muszę biczować się dodatkowo, jakby ciężar moich wątpliwości sam w sobie był zbyt mały.

Kiedyś Mu uwierzyłem, że mnie nigdy nie zostawi, i temu ufam. Nie potrzebuję Go czuć, by wiedzieć, że jest.

Mam dosyć wiary nastawionej na medale i rekordy. Męczy mnie. Nie chcę walczyć o podium ani zbawiać świata. Mam prawo mieć gorszy czas, On to przewidział – choć tego nie zaplanował. Jak moje kryzysy pomagają mi wierzyć? Przestaję się szarpać. Czasami ratowanie się za wszelką cenę powoduje, że bagno jeszcze bardziej wciąga, a pętla zaciska się mocniej na szyi. Tymczasem moja utrata wiary jest w rzeczywistości przeniesieniem akcentu na coś innego. Dalej wierzę, ale dziś bardziej sobie albo bardziej tobie, ale nie Jemu. Wiem jednak, że ten akcent w odpowiednim momencie znowu zostanie położony na Nim. Jestem niewierny i czas to uznać, a nie pudrować. Prawda zawsze wyjdzie na jaw. Do swojej niewierności podchodzę ze spokojem.

Bywają dni, że wątpię w Jego istnienie – w to, że jest. Ale nie rozdzieram szat, czując się gorszy. Postanowiłem ten moment wykorzystać. Zaczynam wtedy czytać Pismo Święte i doszedłem pewnego razu do jednego z najpiękniejszych wniosków, jakie moja wiara w ogóle zrodziła – nawet gdyby Bóg nie istniał, to Ewangelia jest najbardziej niesamowitą filozofią życia, jaka powstała. Nawet gdyby okazała się tylko ideą, to niesie ze sobą prawdziwe światło. Jeżeli poczułeś się zgorszony moimi wątpliwościami – przeczytaj ten akapit jeszcze raz. Wątpiąc w Niego, doszedłem do wniosków, które moją wiarę umocniły. Przemówił do mnie słowami, które byłem wtedy w stanie zrozumieć – przez moją niewiarę. Znalazł mnie, jak Zacheusza.

Moja niewiara przyniosła mi jeszcze jeden argument na potwierdzenie, że życie Ewangelią ma sens. Gdy znowu uwierzyłem w Jego obecność, nakarmione było nie tylko moje serce, ale też mój ludzki wątpiący rozum. Zyskałem podwójnie mocny fundament.

Przestańmy się bać Boga, myśleć, że nasze wątpliwości są grzechem i unikać trudnych rozmów o wierze. Kiedyś to wszystko w nas wybuchnie, wtedy sobie nie poradzimy. Cały nasz świat zostanie wstrząśnięty, a my ratując się w panice, zniszczymy do końca wszystko to, co zostało już osłabione tym wybuchem.

Jeśli twoja wiara jest prawdziwa, to będziesz doświadczał wątpliwości. Bo każda wątpliwość to pytanie skierowane do siebie: „czy wierzę?”, na które z czasem udzielasz twierdzącej odpowiedzi. Kryzys znaczy, że twoja wiara cię fascynuje, że chcesz ją odkrywać i poznawać. To dowód, że twoja wiara nie jest mitem ani legendą, ale częścią ciebie. Nikogo bardziej serio nie traktujesz niż samego siebie. Po takim doświadczeniu już nie boisz się jej stracić, a w zasadzie wiesz, że to nie jest możliwe. Wiara się zmienia, ale nie znika.

Jeżeli doświadczasz właśnie kryzysu, pozwól sobie go mieć. Zdejmij z niego swoją uwagę. Nie trać cennych sił na szarpanie się z nim. Czas naprawdę pozwala spojrzeć inaczej na życie. Może jeszcze nie dostrzegasz rozwiązań, które oszczędzą ci ran. Wielki potwór, który cię paraliżuje, może okazać się tylko wielkim cieniem. Cierpliwe znoszenie kryzysu, to element naszego zaufania wobec Boga. To pokój serca podczas burzy. Warto czasem spotkać się ze swoim wewnętrznym Zacheuszem, z człowiekiem, który latami zaprzeczał temu, w co wierzył.

Nie bójmy się prawdziwego obrazu nas samych: słabych i wykolejonych. Dość koloryzowania, idealizowania i marnych zamienników. Przestańmy się obawiać spotkania ze sobą – prawdziwym. Uznaj. Zaufaj. Uwierz.

Chcę przestać mówić: „kocham tego człowieka, bo jest w nim Jezus”, a skrycie gardzić tym jaki jest bez Jezusa. Nie chcę akceptować ludzi tylko dlatego, że jest to mój moralny obowiązek. Chcę kochać ludzi, szanować i akceptować dla nich samych. Bo tylko tak zrozumiem, że ja i Jezus zupełnie się różnimy od siebie. Szukając w ludziach Jezusa, tak naprawdę chcemy znaleźć podobieństwo do nas samych i raz jeszcze pokochać siebie. A ja chcę kochać to, co w drugim człowieku jest różne ode mnie, co nas dzieli, niepokoi i skłóca. Jeśli tego nie zrobię, to nigdy nie pokocham naprawdę Jezusa, bo będzie On dla mnie tylko moim własnym odbiciem w lustrze. To swoje podobieństwo będę miłował.

Uwierzyłem Ewangelii, która mówi mi, że można naprawdę kochać wrogów. Nie boję się powiedzieć, że ktoś jest moim wrogiem – jest mi przeciwny. Ale z taką samą determinacją chcę też tego człowieka pokochać i przyjąć.

To samo dzieje się z moimi kryzysami. Przestaję udawać, że nic się nie dzieje, nie chcę pudrować własnych ran i słabości. Nie chcę się ich powierzchownie pozbywać, nie poznając natury mojego grzechu. Chcę cierpliwie uczyć się, jak znosić swoje upadki, przechodzić przez gorycz porażki, aż do prawdziwego zwycięstwa. One uczą moje serce pokoju. Przestaję się szarpać, bo to nie ja zwyciężę moje słabości. Jezus jest wrogiem mojego egoizmu. Chcę nauczyć się naprawdę kochać, powierzając swoje kryzysy wrogowi.

Odpuścić sobie to znaczy przestać udawać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *