Rzeź wołyńska została wybaczona

Jeżeli nie odrzucimy nienawiści, nacjonalizmu i ksenofobii, to staniemy się architektami trzeciej wojny światowej. Nie można wykorzystywać historii do podsycania uprzedzeń i konfliktów politycznych.Ta wojna wciąż trwa, bo jest obecna w naszych sercach.

Co jakiś czas budzi się w naszym narodzie chęć wyrównania porachunków dziejowych z sąsiadami. Ci, którzy najgłośniej krzyczą o potrzebie ludzkiej sprawiedliwości, sami odcinają się od tego, czym zawinili nasi dziadkowie. Prawo dziedziczenia krzywd dotyczy Polaków, ale już prawo dziedziczenia win jedynie naszych oprawców. Pochodzę z domu naznaczonego nie najprostszą historią, ale nigdy nie było w nim nienawiści. Film Wołyń na nowo rozgrzewa polsko-ukraiński spór o „prawdę”. To mój głos w tej dyskusji.
Do refleksji skłoniły mnie ostatnie wakacje spędzone w domu. Gdy spotyka się liczna rodzina, a ja taką mam, można usłyszeć naprawdę wiele wspomnień. Każdy pamięta inny fragment naszej wspólnej historii. I choć co roku poruszamy te same wątki, to człowiek przecież dojrzewa i zadaje inne, głębsze pytania. Dopiero dzisiaj rozumiem naszą historię.
Rodzice mojej mamy doświadczyli okrucieństwa wojny na wschodzie. Babcia Karolina przeżyła rzeź wołyńską. Za życia niewiele o tym opowiadała, nie wszystkim. Miała wtedy około jedenastu lat. Było ich dziesięcioro wraz z rodzicami. Tej nocy przybiegł sąsiad Ukrainiec, i ostrzegł ich o planowanym mordzie na Polakach. Zdążyli zabrać tylko trochę podstawowych rzeczy takich jak pościel i uciekli drewnianym wozem, kierując się w stronę Lubelszczyzny. Mimo to nigdy nie wyrażała się źle o Ukraińcach. Miała dużo dobrych wspomnień, żyli razem w przyjaźni. Prawdziwe zło przyszło z zewnątrz, przynieśli je ludzie nie wywodzący się bezpośrednio z tej społeczności. To byli dla wszystkich tak samo obcy. Niestety umiejętnie manipulowali Ukraińcami, którzy ze strachu dołączali się do nie swojej wojny. Nie wszystkich było stać na odwagę, by ratować Polaków. Ci, którzy to robili byli takimi samymi wrogami narodu jak my.
Dziadek Antoni pochodził natomiast z terenów dzisiejszej Białorusi. Mieli w tamtych czasach dobrze prosperujące gospodarstwo. I to była ich jedyna wina. Takich zsyłano na Syberię, bo byli wrogami socjalizmu. Miał może piętnaście lat, gdy przebywał u rodziny na żniwach i dotarła do niego wiadomość, że rodziców zabrano do gułagu. Dwa lata ukrywał się w ziemiance, a jedyną alternatywą było dołączenie do Armii Czerwonej. Miał siedemnaście lat, gdy przepłynął Niemen i ukrywając swój wiek, wstąpił do Wojska Polskiego, gdzie został ranny. Po wielu latach z pomocą Polskiego Czerwonego Krzyża odnalazł zaginionego ojca i sprowadził go do Polski. Niestety matka zmarła w transporcie na Syberię.
Rodziców mojego taty również nie oszczędziła wojna. Dziadek Marian, nim trafił do Wielkopolski, jako nastolatek został wywieziony z Lubelszczyzny do obozu pracy w Salzgitter. Wyzwolono ich dopiero z końcem wojny. Pamiętam tylko jedną historię o obozowym piekle usłyszaną bezpośrednio z jego ust. Często proponowano wygłodzonym robotnikom dokładki posiłków. Tych, którzy się po nie zgłaszali, ośmieszano i rozstrzeliwano. Dziadek natomiast wspominał kawałek chleba ukryty pod pryczą, który ssał wiele dni, by nie czuć głodu. Stamtąd wyniósł wielki szacunek do jedzenia, za które ginęli jego przyjaciele. Zachowałem po nim zdjęcie podpisane numerem obozowym i pseudonimem „Dąbski”.
Babcia Zofia do dziś wspomina, jak żołnierze Armii Czerwonej bezlitośnie obchodzili się z ludźmi. Krzyki gwałconych kobiet było słychać całą noc. Jej matkę przed tym losem uchroniło właśnie posiadanie małego dziecka. Swojego Ojca nie zdążyła poznać, gdyż zginął w obronie Warszawy. Jego imię i nazwisko zna tylko z pomnika w stolicy. Całe dzieciństwo ciężko pracowała u „Niemca”.
Nikt patrząc na moje szczęśliwe i pełne pokoju życie, nie pomyślałby, ile ono kosztowało. Nie mnie, ale moich dziadków. To, że ja i moi rodzice tak dzisiaj żyjemy, zawdzięczamy im. Tym wszystkim ludziom, którzy widząc ogrom zła, pragnęli pokoju i nigdy w niego nie zwątpili.
Pomimo tej historii w moim domu panowała atmosfera przebaczenia. Pokolenie moich dziadków zerwało z nienawiścią. Oddzielili pielęgnowanie pamięci od uprawy nienawiści. I tylko dzięki temu czekała ich jakakolwiek przyszłość. A w tej przyszłości pojawiłem się także ja. Jestem bardziej dzięki ich przebaczeniu, niż sprytowi w czasach wojny. Gdy dzisiaj obserwuję szerzącą się nienawiść, ogarnia mnie strach. Nie chcę powrotu mrocznych czasów, o których słyszałem tylko z ich opowieści.
Tylko miłosierdzie ma moc sprawczą, tylko na nim można cokolwiek budować. Biskup Ryś napisał w jednym z rozważań, że krew Abla wołała do Boga z ziemi. Krzyczała o sprawiedliwość, pomstę. Jednak jest poza wszelkim czasem jeszcze jedna krew, która woła z ziemi do Boga Ojca. Krew Jezusa błagająca o przebaczenie i miłosierdzie. To powinno nas czegoś nauczyć.
Ludzie, którzy nie przeżyli tej tragedii, krzyczą i domagają się sprawiedliwości, zapłaty za dawne zło. Jeśli mają do tego prawo, to i ja mam, żeby mówić w imieniu moich dziadków: tamte krzywdy zostały już dawno wybaczone. Są to ich słowa, nie moje. Ta wojna wciąż trwa, bo jest obecna w naszych sercach.
Jeżeli nie odrzucimy nienawiści, nacjonalizmu i ksenofobii, to staniemy się architektami trzeciej wojny światowej. Nie można wykorzystywać historii do podsycania uprzedzeń i konfliktów politycznych. To niegodziwość wobec ofiar tamtego terroru. Historia powinna być nauczycielką pokoju. Jak na dłoni możemy zobaczyć czym kończyły się takie manipulacje nastrojami społecznymi.
Myślę też o ofiarach obecnych konfliktów. Gdy słyszymy o kolejnej ludzkiej tragedii, wydaje nam się, że nas to nie dotyczy. Globalna sieć mediów daje złudzenie, że świat jest na wyciągnięcie ręki. Jednocześnie mamy wrażenie, że chodzimy po innej ziemi niż uchodźcy, migranci i ubodzy. Moje rodzinne historie pokazują, że na tym miejscu mogliśmy być my. Czym się od tych ludzi różnimy? Tylko zbiegiem okoliczności.
Na całym świecie nieustannie trwa wojna, a najbardziej cierpią niewinni, sprawiedliwi i bezbronni. Dziś Syria, Liban, Sudan, Irak – a jutro? Niemcy, Stany Zjednoczone i Polska. Nienawiść nie zna granic geograficznych ani ram czasowych. Wystarczą źli ludzie w złym momencie. Kierowani własnymi zranieniami zadają ból innym w imię źle pojmowanej sprawiedliwości, potęgi i władzy. Żyjemy na tej samej ziemi co współcześni męczennicy, ta po której stąpamy, przesiąknięta jest krwią. Pamiętajmy o tym, kiedy kolejny raz odmówimy pomocy potrzebującym. Kto nam przyjdzie z pomocą? Jeśli też nie nauczymy się wybaczać, kto nam wybaczy nasze winy? Święci nie jesteśmy.
Nie popełniamy zła, bo chcemy być źli. Robimy to, ponieważ wydaje nam się, że wyświadczamy dobro. Strzeżmy się nienawiści. Kiedy pojawia się choćby jej cień, nic co robimy nie jest już dobrem.

***

Tekst pierwotnie ukazał się na portalu DEON.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *