Podpalam Świątynię. Wszystko, co musi się jeszcze wydarzyć

3850 gram i 54 centymetry. Tak było chwilę po urodzeniu i mam czasami wrażenie, że to jeden z najbliższych prawdy opisów mnie. Później zaczął się proces zmian zwany życiem i nic już nie było tak jasne, jak wtedy.

Dzisiaj mówiąc o sobie, bardziej wyjawiam innym to, co mi się wydaje niż to, co naprawdę ma miejsce. Przez dwadzieścia kilka lat wzrastałem nie tylko zewnętrznie, ale też wewnętrznie. Mój wszechświat się rozrastał, a ja poprzez kolejne doświadczenia i uczenie się nie tyle nowych słów, co całych myśli, kolonizowałem niepoznane obszary siebie. Wielokrotnie dotarłem do własnych granic. W ostatnich dniach staję jednak przed lustrem i widzę człowieka, ale nie wiem, kim on naprawdę jest. Widzę twarz znajomą, ale zupełnie niepoznaną.

Posiadamy trzy zasadnicze kierunki rozwoju. Określają je konkretne relacje: z Bogiem, z drugim człowiekiem i z sobą samym. Rzeczywistość ducha jest trójwymiarowa. Najbardziej doskwiera mi brak ostatniego elementu tej triady. Nawiązywanie relacji z sobą samym bywa dla mnie najtrudniejsze. Jakiś czas temu udało mi się szeroko otworzyć drzwi zamknięte od lat. W spojrzeniu głodnym sensu pojawił się blask. Każdy dzień to jednak różne przeciwne siły działające na zmęczone ciało. Bywa, że wieczorem ostatkiem własnych sił wkładam piętę między drzwi, które próbują się zatrzasnąć z powrotem. To walka o to, by mieć serce szeroko otwarte na świat. Może i jestem Świątynią Ducha Bożego, ale dopiero niedawno pozwoliłem, aby została ona zamieszkana.

Nie zadaję pytania, czy lubię siebie. Bardziej fundamentalne jest dla mnie pytanie, czy wiem kogo lubię? Czy znam siebie na tyle, by znaleźć słowo, którym opiszę się w całości? Jestem Szymon. Dziennikarz. Mężczyzna. Syn. Brat. Jestem arogancki. Leniwy. Wrażliwy. Spontaniczny. Lekkomyślny. Zdolny. Wdzięczny. Zagubiony. Uważny. Przyjazny. Samotny. To wszystko słowa, które opisują jedynie skrawek rzeczywistości. Żadne z nich, choćby nawet wypowiedziane z największą wiarą, nie jest odpowiedzią na pytanie: „kim jestem?”. Nic, co robię nie jest mną ani większe ode mnie. Chciałbym przestać się za tym ukrywać.

Jeśli się modlę, to najczęściej o jedność. Widzę pokruszony świat i to mój największy ból. W praktyce częściej jednak przykładam rękę do młota niż jestem spoiwem. Żeby zawalczyć o jedność trzeba jej najpierw doświadczyć w sobie. Moje okruchy życia i historii zamiata wiatr z miejsca na miejsce. Są bezpańskie i niekochane. Bo jak do cholery pokochać to, co zranione i pełne wstydu? Jeśli więc jeszcze kiedyś będę się modlił o jedność, zacznę od pojednania ze sobą samym. Ale nie ma dla mnie w tej chwili trudniejszej rzeczy.

Roman Brandstaetter powtarzał często, że „Żyd, który traci pamięć, przestaje być Żydem”. Mam w sobie bunt wobec tych słów, bo wiele mówią o mnie. Z jednej strony widzę niezniszczalne przymierze zawarte z Bogiem, a z drugiej postępującą amnezję, która sprawia, że przestaję być w ogóle stroną tego przymierza. Może właśnie pamięć jest kluczem do rozumienia człowieka? Poznając siebie coraz bardziej, coraz mniej wiem, kim naprawdę jestem. Próbując znaleźć na to odpowiedź, trafiam na luki w pamięci. Pytam, co było w tym miejscu? Tak, jakbym doświadczał duchowej demencji.

O pewnych doświadczeniach i życiowych wyborach tak bardzo chcemy zapomnieć, że przez przypadek tracimy ważną część swojej historii. Nie da się wyrwać pojedynczego wspomnienia bez dróg, które prowadzą do niego latami. Gdy dzisiaj tam zaglądam, czasem ten film urywa się dzień przed wymazanym z bazy danych rekordem, a czasem już dwanaście lat wcześniej. Czy da się przywrócić system? Do głowy przychodzi mi, póki co jedynie – „módl się”. Bo trzeba czasu i Kogoś z szerszą perspektywą, żeby poukładać zawalone stosy wspomnień i odkryć brakujące w nich elementy.

Palące zranienia próbujemy zaleczyć na wszystkie możliwe sposoby. Najwyżej cenione jest zapomnienie, ale czy jest to najlepsze lekarstwo? Cena za to pozorne uwolnienie jest bardzo wysoka. Nie potrafię dziś odpowiadać na najprostsze pytania, mam w głowie pustkę. „Jaką muzykę lubisz?”. Nie wiem. Bo nie pamiętam już czym się karmiłem kiedyś, bo nie mam stylu, bo nie mogę powiedzieć, że jestem czemuś wierny i do czegoś dorastałem, albo z czegoś wyszedłem. „A historie z dzieciństwa?”. Pamiętam nieliczne. Nie posiadam żadnych spektakularnych. „No to może chociaż marzenia?”. Nie umiem powiedzieć, a może wcale ich już nie mam? Zapomniałem tych dróg. Usuwając jakieś ciernie z pamięci wyciąłem również to, co istotne. Człowiek bez pamięci jest jak dziecko wyrwane ze snu. Czuję, jakbym urodził się w tej chwili, bez żadnych powiązań i historii. Towarzyszą mi każdego dnia jedynie przebłyski przeszłości, blednące z każdym dniem klisze.

Dlaczego pamięć jest tak ważna dla Brandstaettera? Bo przymierze to pamięć o Bożych cudach i historie Jego działania. Na Nim Żydzi budowali swoją tożsamość. Nosili tę opowieść głęboko w sobie, nawet jeżeli były to też historie ich zdrady i niewierności. Moje życie to historia jednej wielkiej niewierności. To opowieść o Nim i o mnie, ale wciąż nie o nas.

Nie wiedziałbym nic o sobie, gdybym odważnie nie wszedł w życie. Każda moja reakcja i relacja pokazała mi we mnie coś nowego. Czy wiedziałbym, że jestem odważny, gdybym nie stanął w czyjejś obronie? Czy mógłbym mówić o swoich talentach, gdybym nie odważył się kiedyś na spontaniczność i kreatywność? Skąd wiedziałbym, że łzy tak samo oznaczają smutek i szczęście, gdybym kogoś w życiu nie stracił i czegoś nie zyskał? Nie buduję mitu predestynacji, ale skoro już mam takie przeżycia, to chcę widzieć w tym sens. Wiem tylko, że pełnię prawdy o sobie można poznać jedynie w zderzeniu z rzeczywistością, jakakolwiek by ona nie była. Jednakowo naznaczona dobrem i złem, które czynię.

Jakkolwiek banalnie to brzmi, moja burzliwa historia jest częścią mnie. Nie dziękuję za ból, bo ze mnie akurat uczynił bezbronne dziecko. Nie umiem jednak oprzeć się pokusie myślenia, że te doświadczenia są lustrem, w którym się sobie przyjrzałem z bliska. Nie chcę ich też przeceniać, bo w każdej z moich niechlubnych historii złożyłem ofiarę z drugiego człowieka. A to zwykłe draństwo. Pewien bliski mi staruszek mawiał, że jedyne co naprawdę należy do mnie, to moje upokorzenia. Miał rację. Dobrze jest zapłakać nad swoimi ranami, bo sól oczyszcza. Ale nie warto się z nimi cackać, trzeba pozwolić im odejść, zaschnąć, zasklepić się, a blizn nie ukrywać. Dziś odbieram sobie prawo do bycia legendą. Pokora? Bynajmniej.

Jeden facet, którego szalenie cenię, uzmysłowił mi, że moja historia jest potrzebna nie tylko mi. Bo Kościół to wspólnota ludzi świadomych nie tylko dlaczego w nim są, ale też „dlaczego ich nie było”. Zrobił to w chwili, gdy myślałem, że nie potrafię nic dać, bo to, co posiadam jest jedynie owocem mojej niewierności. „Kiedy prostota łączy się głęboko z dobrocią serca, przestrzeń nadziei wokół siebie może tworzyć nawet ktoś, kto posiada bardzo niewiele” – dodałby do tego zapewne br. Roger.

Nie lubię pytań „co bym zrobił, gdyby…”, bo nie wiem. Chcę myśleć o sobie jak najlepiej, a każdy dzień pokazuje mi brutalnie, że mój mit samego siebie ma się świetnie. Odkrywanie swojej grzeszności jest szalenie trudnym etapem na drodze. Zacząłem dostrzegać światło, którym sam nie potrafię jaśnieć. Blask zmian dokonujących się w innych rzuca nowe światło na moje mroki. Jeśli się przerazisz tym widokiem, już przepadłeś. Oczyszczanie ducha jednym kojarzy się z jubilerskim kunsztem i przetapianiem złota; inni porównują je do chirurgicznej precyzji i operacji na bijącym sercu; a ja widzę siebie stojącego w progu z pochodnią. Trzeba podpalić Świątynię. W jej centrum stoi bowiem ołtarz postawiony samemu sobie. Kto jest ogniem? Jest nim Duch. „Nie potrafimy bez Ducha Świętego rozwalić ołtarza, na którym czcimy samych siebie” – mówi do mnie abp Grzegorz Ryś.

„Niektórym ludziom przekonanym, że “przegrali życie” można powiedzieć, że w sercu Boga nic nie jest stracone (…) To oni mówią o ogniu, rozpalonym z martwego drewna ich przeszłości. I dla tych, których dotknęło cierpienie i krzyż Chrystusa, nadejdzie dzień, gdy zapłoną ogniem podsycanym całą przeszłością ich życia. Zrozumieją, że w Bogu nic nie jest stracone. Chrystus nie przychodzi unicestwić człowieka z krwi i kości, nie niszczy tego, co w nas jest. Nie przyszedł znieść, ale wypełnić. Kiedy gęstnieje mrok, Jego miłość jest ogniem. W każdym mężczyźnie, w każdej kobiecie niepowodzenia, upokorzenia, wyrzuty sumienia otwierają ranę. Staje się to być może w chwili, kiedy potrzebujemy wielkiego zrozumienia, a nikogo przy nas nie ma. Jeśli będziemy się nad tą raną użalali, stanie się udręką i zacznie niszczyć nas samych i innych ludzi, często tych najbliższych. Przemieniona przez Chrystusa stanie się miejscem siły, twórczym źródłem, z którego wytrysną komunia, przyjaźń i zrozumienie”. [br. Roger]

W pamięci ukryte są klucze niezbędne nam do definiowania samych siebie. Wiele z tych kluczy pogubiłem. O ile dla mnie jest to trudność nie do przeskoczenia, patrząc każdego dnia w lustro, o tyle dla Boga nie ma to większego znaczenia. Z Jego perspektywy moja tożsamość jest osadzona na czymś innym, a tego pierwiastka nie można zgubić, nie można sprzedać, nie da się go nikogo pozbawić. „Na obraz i podobieństwo”. Choćbym zapomniał o sobie, On będzie o mnie pamiętał. I prawdopodobnie tylko Bóg może odpowiedzieć mi na pytanie: „kim jestem?”. On zna słowo, którym może mnie opisać w całości, uwzględniając moje pochodzenie, historię i złożoność. Nie sprawia to wcale, że czuję się spokojniejszy. Z niecierpliwością czekam, aż nada mi to imię, które wyrył na swoich dłoniach.

Stoję teraz w progu Świątyni i zbieram się na odwagę, by rzucić pochodnię w ten przerażający mrok.

 

 

Dyskusja ( 6 )

  1. Myślę sobie, że pierwszą i najważniejszą prawdą o nas, jest to, co On sam o nas mówi. Że naszą tożsamością, jest to, kim jesteśmy dla Niego 🙂 Mk 1,11 🙂

  2. Wow, wbiło mnie w fotel. Bardzo dobry i poruszający tekst. Powinni go przeczytać wszyscy, bo przypuszczam, że większość społeczeństwa zadaje sobie to pytanie: “kim jestem”? Wielu ludzi szuka Boga, ale twierdzą , że nie mogą go odnaleźć. Widocznie za słabo Go chcą poznać. Jednak niczego nie uda nam się osiągnąć bez działania Ducha Świętego, trzeba otworzyć swoje serce i pozwolić na oczyszczenie, uwolnienie i uzdrowienie naszego wnętrza.
    Mi się to zaczyna udawać. Od jakiegoś czasu, gdy cudem przeżyłam 4 poważne operacje, zaczęłam bardziej otwierać się na Boga i działanie właśnie Ducha Św. Pomogły mi w tym msze z modlitwą wstawienniczą o uzdrowienie i uwolnienie ciała i duszy. Myślę, że nie jesteśmy w stanie objąć naszym umysłem całej tajemnicy istnienia. To wszystko wie Bóg, więc trzeba mu zawierzyć i zaufać by nas prowadził, by nam pomógł wypełniać Jego Boży plan względem nas.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.