Paragony za spełnione marzenia

Ile kosztuje pomaganie? Trudno powiedzieć. Wiem natomiast, ile można na nim „zarobić”. I chociaż zdania typu „pomagając innym, sam więcej otrzymujesz” wydają się banalne i niedorzeczne, to jednak rozumie je każdy, kto chociaż raz odważył się otworzyć coś więcej niż portfel.

Lubię spacerować i obserwować to, co dzieje się dookoła mnie. Kraków to wyjątkowo turystyczne miasto, centrum tętni życiem. Na każdym kroku można spotkać inspirujące obrazy. W centrum łatwiej o pomoc i o bycie zauważonym. Ale tak już jest ten świat zbudowany, że istnieją także peryferia. Tak spotkałem Andrzeja, zupełnie przypadkiem.

Zagadaj czyli „pierwsze koty za płoty”

Uciekając od wielkomiejskiego zgiełku, tego dnia wybrałem na spacer obrzeża. Moją uwagę zwrócił starszy mężczyzna siedzący na ławce. Obraz, jakich wiele w miastach. A jednak coś mi się nie kleiło do całości. Cienka bawełniana kurtka to słabe wyposażenie na mżawkę i wietrzną pogodę. Pan Andrzej z początku nieufny szybko zdradził mi szczegóły, dla których tu siedzi. Ma mieszkanie, choć utrzymywane z bardzo skromnej emerytury było równie chłodne jak krakowska pogoda tamtego kwietniowego dnia. Wracał z apteki, w jego wieku nietrudno o dolegliwości. Przysiadł, bo zrobiło mu się słabo. Miałem przy sobie porzeczkowe gumy do żucia. Na początek wystarczy.

Opowiada mi różne rzeczy, często zmienia temat, chociaż w jego głowie te wszystkie historie jakoś były powiązane. Mówi o zbieraniu jagód i jagodziankach, które robiła jego żona w domu. Ostatni raz jadł je w latach osiemdziesiątych, gdy jeszcze wybierali się do lasu na przejażdżki. Kobieta zmarła 4 lata temu, a jemu pozostały takie wspomnienia jak jej fioletowe ręce oraz smak i zapach tych jagodzianek.

Proszę, by zaczekał. Wpadam do pierwszej cukierni, jaką spotykam – nic. Kolejny był sklep spożywczy: tam tylko drożdżówki. Do trzech razy sztuka i znalazłem. Daleko było im do ideału, prawdopodobnie nie miały też w sobie nawet prawdziwych jagód, ale razem zjedliśmy te dyskontowe jagodzianki. Może to siła wspomnień, ale Pan Andrzej twierdził, że smakowały zupełnie jak „te mojej Ani”. Nie wzruszył się w sposób widoczny – ja wprost przeciwnie. Powiedział, że to było jego marzenie. I to słowo dało mi do myślenia. Marzenie za 1,50 zł.

To wchodzi w nawyk

Z każdym spacerem starałem się być bardziej uważny. Czasami nie spotykałem nikogo, innym razem byli to bezdomni, głównie starsi ludzie, ale też masa osób samotnych i młodych. Dwudziestokilkulatkowie, którzy mieli zdobywać świat i zawojować go, lądowali na ławkach i trawnikach. Mieli być „millennialsami”, ale coś w życiu poszło nie tak.

Za każdym razem w pewnym momencie przerywałem rozmowę, pytając o marzenie „na teraz”. Często patrzyli na mnie jak na głupka. Mówili różne rzeczy, wiele z tych pragnień można było dosłownie ot tak zrealizować. Inne nie były osiągalne tu i teraz, ale godzili się też na zamienniki – nagrody pocieszenia. Ja natomiast miałem wrażenie, że każdy pomiędzy wierszami marzył też o zwykłym spotkaniu z kimkolwiek zdolnym do wysłuchania ich.

Kupowałem nieznanym mi ludziom różne rzeczy. Od kawy i gorącej czekolady, po batona znanej marki. Zdarzyło się też zjeść miłą kolację w pobliskim fastfoodzie. Innym razem wylądowałem z przemiłą Panią w lumpeksie, gdzie wybrała sobie „troszkę ubrań”. Jej wielkie marzenie skończyło się na eleganckiej kurtce, bluzie i butach. Dorzuciłem podkoszulki, a ona odebrała to za prawdziwy gratis. Ostatnim razem zupełnie przypadkiem udało mi się spełnić dość nietypowe marzenie. Wracając z urlopu na Węgrzech, przywiozłem waniliowe cygarety, które w zasadzie są już nie do zdobycia w Polsce. Kupiłem je raczej z sentymentu, bo lubię zapach wytrawnego tytoniu waniliowego. Noszę je przy sobie, a mój rozmówca z dworca wyraził właśnie takie życzenie. – Lubiłem czasem zapalić słodkiego papierosa – powiedział. Zapaliliśmy razem, a kolejnego dostał na drogę – dokądkolwiek się wybierał, bo nie pytałem. Nie mam zwyczaju wyciągać więcej niż oni sami chcą opowiedzieć.

Sprzedawcy i obsługa patrzyli różnie na podobne sytuacje, bo też moi towarzysze bywali w różnym stanie. I nie chodzi tylko o względy higieniczne, ale też o tatuaże, kolczyki lub nietypowy ubiór. Nigdy jednak nie spotkałem się z uwagami czy odmową. Raz tylko musiałem wyraźnie powiedzieć, że „ten pan jest moim gościem”. W Polsce jest przestrzeń na pomaganie. Ale trzeba sobie uświadomić jedną bardzo ważną rzecz – nie uratujemy całego świata. To nie jest wymówka, by wcale tego nie robić, ale właśnie zachęta, by przestać mierzyć nasze zasoby skutecznością i efektywnością. Ani ta jagodzianka, ani waniliowa cygareta, ani też kawa nie odmieni życia człowieka na stałe. Nie łudzę się. Ale może właśnie o to chodzi, by dać się im wygadać.

Ten egoizm jest dopuszczalny

Miasta są pełne ludzi, którzy boją się być zauważeni. Potrzebują pomocy, choć nie wiedzą, jakim językiem o nią poprosić. Oni nie potrafią funkcjonować w grupach, tylko w relacji jeden na jeden – tak jak ja. Może dlatego byli dla mnie bardziej zauważalni. Z jakiegoś powodu zamiast rozmawiać z bliskimi mi ludźmi, zacząłem wychodzić do obcych. Ja też chciałem się wygadać, miałem wiele do przemyślenia ze swojego życia. Oni natomiast reagowali na moje rozterki opowieścią o sobie. Ale nie dawali mi żadnych mądrych rad. Wyglądało to raczej jak szybka zmiana tematu. Mimo to w ich historii mogłem odkopać wiele tego, czego mi było trzeba.

Absolutnie nie jestem bohaterem. Tak – pomagałem, bo też się z tym dobrze czuję. Nie da się ukryć, że to ma znaczenie również dla pomagających. I nie zrezygnuję z bycia uważnym. Nawet jeśli czuję wewnętrznie, że taka doraźna pomoc karmi jedynie mój egoizm i samopoczucie – warto. Kiedyś coś się zmieni w twoim życiu, gwarantuję.

Byłoby naprawdę fajnie, gdyby ludzie spotykali się ze sobą tak po prostu. Przestali biec przed siebie, a nauczyli się zatrzymywać przy sobie. Każde takie jedno spotkanie to przynajmniej dwie osoby. Reakcja łańcuchowa może spowodować zauważalną zmianę – tą, którą mądre polityczne głowy nazywają „systemem pomocy”. Wzajemna pomoc powinna być pierwszym i najważniejszym systemem pomocy w państwie, które określa się jako katolickie.

Paragony za spełnione marzenia

Zadam jeszcze raz pytanie: ile kosztuje pomoc? Dokładnie 54 złote i 39 groszy. W ciągu miesiąca. W zaledwie 8 spotkaniach. 6,80 zł – to średnia cena marzenia ludzi samotnych. Nie masz pieniędzy? Zrób jedną kanapkę więcej na śniadanie, spakuj dobre ubrania, których nie nosisz, podziel się słodyczami ze świąt. Zrób cokolwiek, a na pewno zatrzymaj się przy drugim człowieku. Warto się przysiąść na ławce. Śmiało. Idź na peryferia.

***

Tekst pierwotnie ukazał się na portalu DEON.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *