Pan Janusz i jego kot-budzik

Jan Góra OP zawsze wierzył, że z Bogiem można robić najbardziej szalone rzeczy. Od początku w tych szaleństwach wspierał go pan Janusz. Dzisiaj dzielnie zapełnia po nim ojcowską lukę. A Lednica wciąż jest w rękach najlepszych „amatorów” w tym kraju. 

Spotkania Młodzieży mają już dwadzieścia lat. Przez ten czas Pola Lednickie gościły ponad 1,6 mln uczestników. Ilu z was zastanawiało się, jak powstaje to niesamowite wydarzenie? My widzimy już tylko efekt końcowy: wozy transmisyjne, służby medyczne, policja – wszystko jest bardzo profesjonalne. Tymczasem od samego początku za prawdziwymi przygotowaniami stoi grupa zapaleńców, która każdego roku oddaje swój czas i serce, by powstało to spotkanie. Z każdym rokiem przybywa ktoś nowy i po prostu zostaje „na zawsze”. To ludzie, których zmęczone twarze od dwudziestu lat są najpiękniejszą ozdobą Pól Lednickich. ISL, czyli Infrastruktura Spotkań Lednickich – to o nich jest ta opowieść.

Istnieją ludzie nie do zastąpienia

Prawdziwy klimat ISL pojawia się wraz z przybyciem na pole pana Janusza Kocięckiego. Ten prawie 90-letni harcerz jest osobą, bez której nikt nie wyobraża sobie tygodnia przygotowań. Od początku był siłą wykonawczą wszystkich szaleństw Jana Góry. Razem jeździli za papieżem, organizowali noclegi po stodołach i szkołach. Razem zostali wrobieni w Lednicę. Nawet gdy jednego roku zdrowie nie pozwoliło mu się pojawić na cały tydzień i tak znalazł sposób, by odwiedzić gromadę swoich dzieciaków. Bo wszyscy traktują go tu jak ojca.

Każdego poranka pan Janusz szarżuje przez zasieki postawione ze śpiworów, trzymając swój genialny budzik w kształcie kota. Jest to najbardziej znienawidzony i jednocześnie wyczekiwany dźwięk każdego dnia. Pobudka na trąbce daje znać, że trzeba iść do pracy. I tylko powtarzane przez pana Janusza: „Dzień dobry kochani, pora wstać” osładza ten trudny moment.

Jest on dobrym duchem tych przygotowań. Spaceruje niezauważony, a przy tym sam wszystko widzi. Nie zdążysz nawet powiedzieć, że czegoś zabrakło (od jedzenia po gwoździe), a pan Janusz już organizuje dostawę z Pobiedzisk. A gdy tylko znajdzie chwilę, dogląda lednickich osiołków. Pola i Wojtek zawsze w tym czasie mają małe źrebię. Pan Janusz jako wieloletni kierownik poznańskiego zoo ma wiele serca nie tylko dla ludzi. Jest najlepszym remedium na zmęczenie i wypalenie, zawsze można się przy nim zatrzymać, przytulić do niego, lub porozmawiać. Ludzie nie wyobrażają sobie, że mogłoby go nie być na ISL.

„Biorę urlop, by przyjechać do pracy”

Ten niesamowity tydzień zaczyna się w weekend poprzedzający spotkanie. Przyjeżdżają pierwsze osoby, wędrują kilka kilometrów z pobliskiej stacji kolejowej obciążeni ogromnymi plecakami. Wszystkiego musi wystarczyć na tydzień, a szczególnie kawy, czekolady i coli. W najcięższych chwilach to niezastąpiony ratunek, który gwarantuje też niekończącą się integrację. – Wspólne posiłki, praca i rozmowy budują relacje między ludźmi, dzięki temu tam się wraca. To jedyny czas w roku, kiedy bierze się urlop po to, żeby jechać i pracować – mówi Jakub Loryncki, jeden ze „Strzelców”.

Każdy ma inny powód, by tu trafić. Ale powody, dla których zostają są takie same: praca, wspólnota, ludzie. Ci, którzy raz połkęli bakcyla, wracają tu każdego roku. – Lubię się zmęczyć i iść spać po ciężkim dniu, świadom, że został wykonany kawał dobrej roboty. A podczas tego tygodnia człowiek kładzie się spać z takim właśnie poczuciem każdego dnia! – podkreśla Bartek Karwański, który na co dzień jest dyrygentem Scholi Lednickiej. Nawet gdy podczas Światowych Dni Młodzieży przygotowywał i dyrygował Chórem ŚDM, znalazł czas dla Lednicy.

Pod prysznicem była tylko zimna woda

Najpierw szybkie przygotowanie miejsca do spania, z każdym dniem przybędzie więcej osób chętnych do pracy. Pan Jacek czyści kominki, które za chwilę rozpali na cały najbliższy tydzień, żeby dostarczyć ciepłą wodę pod prysznice. Wciąż jednak są ludzie, którzy pamiętają czasy, gdy była tylko zimna woda. Najodważniejsi chętnie do nich wracają.

<<ISL – tydzień bez którego nie byłoby Lednicy [ŚWIADECTWA]>>

Ekipa w kuchni bada stan spiżarni, reszta liczy młotki, gwoździe, kompletuje ostatnie zamówienia i sprawdza braki. Na widok dziesięciokilowych młotów najbardziej cieszą się dziewczyny – nie ustępują chłopakom ani na krok. Basia i „Muri” są zaprawione w boju (to te dwie uśmiechnięte dziewczyny z ochrony, które z pewnością mijacie każdego roku pod Bramą Rybą).

Każdy młotek jest na wagę złota, dlatego ich wydawaniem zajmuje się jedna osoba. Kiedyś robiła to Mariola, później zastąpiła ją Karolina „Łysa”, która z dzieckiem zawiązanym w chuście na plecach skrupulatnie notowała, kto zabiera młotek i ile gwoździ ubyło. To ważne, bo na polach „bez młota to żadna robota”. Dzisiaj to zadanie jest w rękach kolejnej Karoliny – kobiety są niezastąpione w tej roli.

Ekipy jak najszybciej wyruszają do pracy, ciągnąc za sobą wózki wypełnione zaostrzonymi palikami. Sznurkiem wyznaczają kolejne sektory. Słychać pierwsze uderzenia w stalowe rury. Każdą trzeba później wyciągnąć i opukać, żeby pozbyć się ziemi. Dopiero wtedy można wbić palik. Mistrzem tego rzemiosł jest zdecydowanie „Bambucza”, który jednym pociągnięciem młota potrafi ustawić palik „na amen”, wzbudzając słuszny podziw. Wieczorem największą tragedią jest, gdy na kolację podano zupę. Nie ma wtedy kozaków, którym zjedzenie jej nie sprawiłoby kłopotów po całym dniu palikowania, od którego trzęsą się ręce.

Można zasnąć w kaplicy

Czas mierzony jest modlitwą. Rankiem to jutrznia i Msza Święta, wieczorem nieszpory lub cicha adoracja. Czasami pojawiają się Ewangelizatorzy Lednicy, którzy w pobliskim ośrodku mają swoje rekolekcje przed posługą na spotkaniu. Kaplica jest otwarta cały czas, wiele osób nawet nie zauważa, kiedy zasypia w niej ze zmęczenia i budzi się następnego dnia. Na ISL przyjeżdżają najróżniejsi ludzie. Jedni na co dzień są blisko Kościoła. O innych można powiedzieć za papieżem Franciszkiem „ludzie na peryferiach”.

Każdy na własny sposób szuka relacji z Bogiem, ale najbardziej udaje się to przez wspólnotę. Dlatego przez cały kolejny rok odliczają dni do kolejnego tygodnia przygotowań. Tutaj mogą być sobą i tego chciał właśnie ojciec Jan. Wiedział, że może polegać na ludziach, których historia jest trudna. Nigdy nie brakowało dla nich miejsca. Ojciec Mirek, odprawiając jednego roku Mszę , wzruszył się, patrząc na tych wszystkich zaspanych i zmęczonych ludzi w kaplicy i powiedział im tylko: „Jesteście naprawdę piękni w tym swoim zmęczeniu”. Chociaż sami wiele wynoszą z tych dni, to przede wszystkim pracują dla innych. – Tam zmęczenie przestaje być ważne. Liczy się cel: takie zorganizowanie przestrzeni, by ludzie przyjeżdżający na Spotkanie poczuli, że na nich czekaliśmy – dodaje Helena.

Niemożliwe załatwiamy z miejsca

Praca przyspiesza. W połowie tygodnia rozpoczyna się montowanie sceny, przyjeżdżają setki toalet, kuchnia dopina ostatnie zamówienia produktów spożywczych – za dwa dni będą musieli wyżywić kilka tysięcy służb. Wszyscy rzucają swoje sprawy, gdy pojawia się tir z barierkami. Każda z nich waży kilkadziesiąt kilogramów, ale chętnych do ich rozładunku nie brakuje. W 2012 r. były problemy z ich zdobyciem ze względu na mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Udało się to w ostatniej chwili – ojciec Góra największą nadzieję zawsze pokładał w modlitwie.

W nocy z czwartku na piątek na Polach Lednickich pojawiają się tysiące harcerzy, którzy rozbijają swoje obozy. Wędrują ze śpiewem na ustach. Ich pomoc będzie nieoceniona również przy stawianiu namiotów recepcji, adoracji i liturgicznych. Dziewczyny dowodzą w tym czasie ekipami, które przybijają siatkę do bali. Całe pole zostaje ogrodzone. Jest tam teraz ruch nawet w godzinach nocnych. Traktory, samochody i wózki przecinają wciąż trasę. Wszystko musi być dopięte na ostatni guzik. Ostatnie powstaje pole spowiedzi, gdzie osoby duchowne znajdą też schronienie i odpoczynek podczas spotkania. Równolegle do wolontariuszy pracują spece od oświetlenia i nagłośnienia. W domu jest wrzawa, pojawia się Sztab Lednicki w pełnym składzie, cały czas dzwonią telefony, a sekretariat porządkuje identyfikatory i wjazdówki.

Z życzeniami dla Sztabu Lednickiego

Po czym poznać, że pola są gotowe? Ostatniego wieczoru, podczas prób nagłośnienia rozbrzmiewa piosenka, którą znają już wszyscy. „Quando, Quando, Quando” Michaela Buble „z dedykacją dla Sztabu Lednickiego” to znak, że wszyscy oczekują już tylko na pielgrzymów.

Podsumowaniem jest nocna odprawa, podczas której Sebastian i Nosek dziękują w imieniu Sztabu wolontariuszom. To najradośniejszy moment dnia. Stare identyfikatory zostają wymienione na nowe, bo rola ludzi z ISL jeszcze się nie kończy. Podczas samego spotkania zasilą inne służby. Ochrona, schola, służby medyczne, harcerze, liturgia, Anioły Porządku – każdy ma swoje zadanie na ten czas. Nieraz dopiero wtedy wychodzi na jaw, kto jest kim z zawodu, na co dzień. Chociaż rozmowy trwały przy pracy i nocami, nie sposób poznać ludzi do końca. Jeszcze nie raz pozytywnie cię zaskoczą.

 

Po tym szalonym tygodniu dopiero teraz uda się przejść Polami Lednickimi bez pośpiechu. Przez całą noc można spotkać kolejne osoby wędrujące z kubkiem kawy lub herbaty. Trwają też całonocne warty w różnych punktach pola.

Chociaż otwarcie sektorów dla pielgrzymów przewidziane jest o 8 rano, najczęściej już koło godziny 5 wszyscy zrywają się z łóżek, gdy pierwsze grupy pojawiają się na bramkach. W pośpiechu trzeba zahaczyć o łazienkę, kaplicę i jadalnię. Kuchnia kończy przygotowywać kanapki, które tego dnia służą za posiłek na wynos. Ale zadbają także o ciepły posiłek. Dla służb, które będą pełnić warty podczas spotkania, rankiem odprawiana jest Msza Święta w kaplicy adoracji. I to chyba najważniejsza nasza odprawa tego dnia.

„Kocham Was!”

Do Jana Góry wiele razy przychodzili profesjonaliści, oferując swoje usługi. Chcieli to robić nawet za darmo. Jednak on nigdy się nie zgodził. Mówił: „Dopóki żyję, Lednica będzie w rękach młodzieży”. I jest tak nawet po jego śmierci. A ludzie z dumą wpisują do swojego CV pracę dla Lednicy, bo spotkania dzięki swojej organizacji zyskały renomę w całej Polsce. Lednica budzi podziw u przyszłego pracodawcy.

Ludzie tęsknią za ojcem Janem. Jego „kocham Was!” wielokrotnie mówione ze sceny dodawało sił i było dla wszystkich niczym zawołanie „do boju!”. Najważniejszym punktem dnia było jednak spotkanie z nim pod Bramą Rybą, tuż przed wschodem słońca. Gdy ostatni pielgrzymi przeszli przez bramę, a pola opustoszały, wszyscy przybiegali na wspólne zdjęcie. Tam już czekał ojciec Jan, by patrząc każdemu w oczy, powiedzieć raz jeszcze: „Kocham Was! Dziękuję”.

(fot. Lednica2000.pl / Paulina Jacek)

Taka jest historia tego, czego nie widać. Historia tygodnia ciężkiej pracy, radości i niesamowitych więzi. Dla mnie osobiście to historia jedenastu lat wspaniałych przyjaźni z ludźmi z ISL. Dzięki za to, co robicie!

***

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu DEON.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *