Objawienia nie wystarczą, by zostać świętymi

Kanonizacja fatimskich pastuszków to okazja, by przyjrzeć się, jak wygląda nasza wiara i czym jest dla nas świętość. Jakie naprawdę miejsce w ich życiu miały objawienia z Fatimy?

Franciszek i Hiacynta są nam potrzebni, by zrozumieć kilka ważnych rzeczy. Wielu osobom wydaje się, że ich świętość była przesądzona od chwili objawień. Wierzą, że to objawienia z Fatimy są głównym powodem dzisiejszej kanonizacji. Jednak czym innym jest sama świętość, a czym innym uznanie jej przez Kościół.

Długo czekali

Pastuszkowie z Fatimy wraz z powierzonymi im tajemnicami otrzymali też od Maryi zapowiedź, że umrą młodo. To ich nie zniechęciło, by gorliwie wyznawać wiarę. Gorliwie jak na kilkuletnie dzieci. Kilkanaście lat po ich śmierci rozpoczął się proces beatyfikacyjny, który trwał przez kolejne kilkadziesiąt lat!

Mimo że Kościół uznał w pełni objawienia fatimskie, nie spieszył się wcale z wyniesieniem na ołtarze młodych wizjonerów. W roku 1935 pierwsza ekshumacja ujawnia, że ciało Hiacynty nie uległo rozkładowi. Pomimo tego cudownego faktu zachowania ciała dopiero 60 lat po ich śmierci papież Jan Paweł II podpisuje dekret o heroiczności cnót portugalskich dzieci. Od tego momentu mogli oni nosić miano „czcigodnych sług Bożych”. Tyle lat zajęło Kościołowi zbadanie, czy ich życie rzeczywiście charakteryzowało się prawdziwie chrześcijańskimi cnotami. To bardzo trudne, gdyż byli najmłodszymi kandydatami na ołtarze, którzy nie zginęli śmiercią męczeńską. Ich skromne i ukryte życie było trudne do zweryfikowania.

Wciąż brakowało jednej ważnej przy procesie rzeczy. Potrzebny był cud, który miał ostatecznie dać dowód, że prowadzą teraz życie wieczne w Bogu. Dokonał się on 20 lutego 1989 r. Sparaliżowana od 22 lat Emilia Santos wstała tego dnia z łóżka o własnych siłach, słysząc głos dziecka, prawdopodobnie Hiacynty, która kazała jej się podnieść. Wcześniej Emilia żarliwie modliła się za wstawiennictwem dzieci z Fatimy. Przez 10 lat komisje medyczna i kościelna badały to zdarzenie. Gdy uznały je za cud, a papież to potwierdził, w 2000 r. odbyła się beatyfikacja Franciszka i Hiacynty.

Minęły lata od beatyfikacji, gdy doszło do kolejnego cudu, który Kościół także badał przez ponad 10 lat. W Brazylii mały chłopiec zostaje uratowany od śmierci i kalectwa grożącego mu po tragicznym wypadku. Lekarze nie znajdują wytłumaczenia dla tak szybkiego uzdrowienia i orzekają, że jest to cud. 23 marca 2017 r. papież Franciszek podpisuje dekret o uznaniu cudu, a półtora miesiąca później wyznacza datę kanonizacji w stulecie objawień fatimskich.

Sprawa nie była oczywista

Droga do uznania świętości Franciszka i Hiacynty była jednocześnie niezwykła, bo naznaczona objawieniami, ale również tak zwyczajna, bez pominięcia żadnego czasochłonnego etapu. Ich życie nie wyróżniało się niczym, aż po śmierć w młodym wieku, tak częstą w tamtych czasach. Czy Kościół nie mógł od razu uznać świętymi dzieci, które umarły, nim jeszcze zaczęły „naprawdę żyć”? Odeszły przecież w opinii świętości, mając czyste dziecięce serca. Doznały objawień, a sama Maryja obiecała im spokojną śmierć. Można więc powiedzieć, że taki był Boży plan, po co było tak wiele czasu na uznanie ich za świętych?

Warto zadać sobie samemu kilka pytań. „Czy stali się świętymi, bo ukazała im się Maryja?” Nie. Objawienia nie gwarantowały, że będą żyć po Bożemu, bez prób, bez pokus i bez grzechu. „Pewnie więc dlatego Bóg ich zabrał do siebie, żeby nie zdążyli sobie życia zepsuć”. Też nie. Bóg nie wymaga od nas cierpienia, bierności i uległości, nie chce nas trzymać pod kloszem. „Może w takim razie urodzili się wyjątkowo obdarzeni łaskami?” Nie. Urodzili się zwykłymi dziećmi nie bardziej i nie mniej obdarowanymi niż inni ludzie. Niebo nie jest dla wybranych. Każdy z nas został stworzony do takiej samej świętości.

Po co nam w ogóle niebo?

Świętość kojarzy nam się z byciem superbohaterem. Atrybuty, zdolności, patronowanie konkretnym rzeczom i sprawom… Jednak święty to ktoś, kto przebywa z Bogiem, widzi Go twarzą w twarz, jest w Nim – dosłownie – zanurzony. Dlatego właśnie święci mają możliwość zanoszenia naszych próśb do Boga, bo są z Nim tak bardzo blisko. Bóg w swoim czasie udziela nam odpowiednich łask. On nas doskonale słyszy i chce nam ofiarować uzdrowienie, ale potrzeba przemiany naszych serc, byśmy mogli przyjąć taki dar. Po to właśnie są święci, by poprzez modlitwę odmieniać nas i pogłębiać naszą wiarę. Jezus wielokrotnie mówił: „Idź. Twoja wiara cię uzdrowiła”.

Święci emanują blaskiem Chrystusa, dzięki nim łatwiej rozumiemy pewne rzeczy. Ale też świętość nie została stworzona do zadań specjalnych, tylko z prawdziwej miłości. Bóg szukał doskonałego sposobu na jedność z człowiekiem, którego kochał. Świętość to po prostu komunia kochających się osób. Franciszek i Hiacytna doświadczyli jej po śmierci.

Kościół, wydając dekret kanonizacyjny, nazywa Franciszka i Hiacyntę najmłodszymi „wyznawcami”. Wyznawca to ktoś, kto zachował wiarę, doniósł ją do samego końca. Wierność to wyjątkowa bliskość z tym, komu pozostajemy wierni. Jeżeli więc byłeś wierny Bogu w najmniejszych rzeczach, w każdej codziennej pracy i myśli, to On tak samo blisko będzie z Tobą w wieczności.

Procesy kanonizacyjne są potrzebne nam tu, na ziemi. Byśmy mieli pewność, że ci, którym chcemy oddawać cześć, przez swój przykład naprawdę prowadzą nas do bycia wiernymi Bogu. Sama beatyfikacja była już oficjalnym uznaniem ich świętości, choć zezwalała jedynie na kult lokalny. Pastuszkowie z Fatimy długo czekali na decyzję Kościoła.

Z tego samego powodu czekamy niecierpliwie na beatyfikację trzeciej wizjonerki, s. Łucji dos Santos. Jej proces również jest dowodem na to, że świętość ma wiele wspólnego z osobistym świadectwem wiary. Gdyby chodziło tylko o objawienia, sprawa byłaby uproszczona. Łucja kroczyła jednak inną drogą i Kościół teraz bada jej wierność na tej drodze.

Świętość nie tylko dla chrześcijan

Nie wiemy, dlaczego to właśnie Franciszkowi, Hiacyncie i Łucji objawiła się Maryja. Ale wiemy, dlaczego oni potrafili ją ujrzeć – mieli czyste i otwarte serca, tęskniące za Bogiem. Ich droga do świętości zaczęła się znacznie wcześniej – przed objawieniami. I choć nie stali się święci własnymi siłami, to umiejętnie i z pokorą korzystali ze wszystkich łask, jakimi Bóg ich obdarzał. Do tych łask my wszyscy mamy dostęp. Świętość nie jest przeznaczona tylko dla chrześcijan.

Ta kanonizacja jest pięknym i radosnym dniem dla całego Kościoła. Kolejny raz otrzymujemy dowód, że nie ma jednej drogi do Boga, takiej samej dla każdego człowieka. I choć wszystkie prowadzą przez ofiarę Jezusa, to przychodzimy do Niego z różnych stron świata. Wśród wielu męczenników, nawróconych grzeszników i obrońców wiary zasiada dzisiaj dwójka dzieci wypasających owce. Ich jedyną zasługą jest to, że uwierzyli Bogu na słowo. Bez uprzedzeń. To dopiero jest miłość.

***

Tekst pierwotnie ukazał się na portalu DEON.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *