Nie chcę być idealny

Zawsze myślałem, że trzeba wejść w obcą kulturę, żeby poznać człowieka innego ode mnie. Największym tyglem kulturowym okazał się Kościół. Wystarczy odwiedzić dowolną wspólnotę, żeby odkryć jak bardzo się różnimy między sobą – szczególnie w obrazie Boga. Piękne, każdy może być sobą, ale zaciekłość w obronie własnego obrazu jako jedynie słusznego prowadzi do wypaczenia ewangelii.

Słyszałem już różne wersje. W wierze najważniejsze jest to, czy tamto. Ten kto odnalazł swoją drogę ma wewnętrzną potrzebę dzielenia się nią. Ja tak mam. Pytanie kim jest Bóg spędzało mi sen z powiek, bo wszystko czego próbowałem nie działało. Żadna idea, czy teoria nie potrafiły wypełnić sobą przestrzeni wiary. Dopiero doświadczenie sprawiło, że wierzę. Zrozumienie, że w wierze chodzi zawsze o osobę.

Czym jest doświadczenie wiary? Nie wiem. Trudno je zdefiniować, choć jest kluczowe dla duchowego rozwoju każdego z nas. Tak samo jest łaską jak owocem naszej pracy. Czym innym jest jednak pragnienie szukania i pragnienie znalezienia. Jeżeli chcę zadawać pytania muszę też mieć odwagę odnaleźć odpowiedzi. Wiara dla samej wiary nie ma sensu.

U mnie zmiany nastąpiły, kiedy odkryłem, że w wierze wszystko dzieje się osobowo. To jest moja życiowa metafora Trójcy Świętej. Są trzy osoby istotne w naszym życiu: Bóg, ja i drugi człowiek. Trudno powiedzieć, kto jest najważniejszy w tej relacji, bo są to trzy zupełnie inne osoby również w istnieniu. Podobni, choć zupełnie nieporównywalni. A jednak przenikają się i zawsze kiedy chodzi o Boga, powinno nam też chodzić o drugiego człowieka i o siebie. Jeżeli zależy nam na sobie, zależy nam też na Bogu i tym drugim. Wreszcie w każdym człowieku powinniśmy dostrzegać siebie i Boga.  Traktowanie osobowe to nic innego jak branie kogoś na poważnie. Współczucie jest pięknym słowem opisującym tę zależność, bynajmniej nie chodzi tu o litość, ale wspólne odczuwanie. Empatia, która zbliża te trzy osoby do siebie i pozwala im być sobą do końca.

Trudno mi uwierzyć, że Bóg powołał ten świat , żeby nadać mu prawa i je egzekwować. Taką teorię słyszałem wiele razy, często nie powiedzianą wprost, ale patrząc jak żyjemy widać, że Boga się boimy w ludzkich kategoriach. Z tego wynikają wszelkie radykalne postawy wiernych. Ogrom praw, do których nie dorastamy pragniemy narzucić innym. Czy jednak Bóg mógłby być tak mściwy, by dać niewykonalne prawo jako jedyną drogę do Niego? Czy o prawdziwej miłości można w ogóle mówić, że trzeba na nią zasłużyć? Jestem pewny, że nie! Nasz prosty ludzki język nie jest w stanie oddać prawdy o Bogu. To ciągłe posługiwanie się metaforami i ryzyko, że uwierzymy w nie dosłownie. Literalnie możemy traktować jedynie dwa zdania mówiące o Nim. Bóg jest miłością. Bóg jest dobry. To wszystko co wiemy na pewno.

To nie jest myślenie utopijne. Wyobraźmy sobie, że w jednej chwili, w każdym człowieku na świecie budzi się pragnienie zwrócenia uwagi na potrzeby kogoś obok, najbliżej. Nie chodzi tu o życie za kogoś i realizowanie się w cudzym powołaniu. Zwyczajna prosta pomoc, drobna życzliwość. I nagle każdy chce pomóc kolejny raz i kolejny.. To jest właśnie ewangelia. Reakcja łańcuchowa miłosierdzia, przestajemy być dla siebie anonimowi. Jeżeli Bóg jest miłością, to praktykowanie wiary powinno być kochaniem. Coraz bardziej przekonuję się, że wierzyć znaczy kochać człowieka. Każdego. Inaczej to wszystko bez sensu.

Wizja świętości jest dość psychopatyczna i oderwana od rzeczywistości. Dlatego nie jest kuszącą propozycją dla ludzi. Zahaczające o baśń żywoty świętych przestały być świadectwem, że Bóg może naprawdę wszystko w życiu ludzi, którzy mu ufają. Ja nie jestem idealny, chcę być prawdziwy. Nie potrafię modlić się godzinami; rozmyślać nad słowem Bożym nie uciekając w myśli i wspomnienia; mówić, że nie boli jak przecież boli. A może to jest właśnie normalność? Troszczymy się i martwimy, a trzeba tylko jednego. Chodzi o życie w Jego obecności, a nie obsesyjne szukanie wrażeń.

Hipokrytą jest ten, który mówi, że kocha i nie uznaje prawa. Jest nim też ten, który wypełnia prawo, ale nie kocha. Prawdę natomiast mówi człowiek, dla którego prawo przestało być prawem. On chce wypełniać przykazania i iść za Bogiem z miłości. Widzi zatroskaną osobę, a nie ogranicznik. Kocha osobę, a nie rzecz.

Grzech nie jest grzechem, bo złamaliśmy prawo, ale zraniliśmy kogoś realnego. Ciężko powiedzieć, że Bóg się zmienia. Czas Go nie dotyczy, nie ogranicza również przestrzeń. Całkiem ładnie jednak brzmi sformułowanie, że miłosierdzie pojawiło się na świecie w skutek naszego zła. Tak jakby Bóg się go nauczył, kiedy zobaczył jak złe rzeczy potrafimy robić. Ryzyko wolności jaką nam dał. I co On na to? Kochać, kochać i jeszcze raz kochać! Prawdopodobnie jest jedyną osobą, która z takim oddaniem wierzy, że miłość potrafi zmienić człowieka. No, ale czy to dla nas coś nowego? Kiedy kogoś kochamy potrafimy wiele dla niego znieść, nasze własne cierpienie przestaje tak bardzo boleć. To tylko przedsmak tego co On potrafi.

Miłość sprawia, że nie muszę kombinować na boku. Nie muszę mieć własnego mieszkania, samochodu, wakacji zagranicznych i obsesyjnie do nich dążyć. To mnie nie określa. Owszem cieszy i sprawia przyjemność, ale nie przywiązuje do takich wartości. Dzięki miłości jestem wolny i potrafię wreszcie korzystać z dobroci tego świata, który nie jest zły. Ma podpis made by God, ale każdy dobrze działający system potrafią popsuć aktualizacje. Na szczęście i to Bóg przewidział, więc ludzie robią swoje czyniąc sobie ziemię poddaną, a On naprawia – miłością. I robi to rękami ludzi, nas zachęca do tego. Zamiast bycia prochem warto w końcu uwierzyć, że jest się najlepszym narzędziem Bożego miłosierdzia. Jego miłość wyciągnęła mnie z depresji. Tylko doświadczenie tego sprawiło, że chcę się nią dzielić. Świat zaczyna się zmieniać zawsze ode mnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *