Moja depresja nie była dziełem szatana

Temat śmierci Chestera Benningtona powoli cichnie w mediach. Dyskusję o chorobach psychicznych i samobójstwie „podgrzało” ostatnie wyznanie cierpiącej Sinead O’Connor. Jednak już mało kto pamięta, że kilka dni temu minęła trzecia rocznica śmierci Robina Williamsa. Każda z tych tragedii przypomina mi o depresji, którą sam przeszedłem. O tym, jak różnie mogło się to skończyć.

Trzeba przełamać tabu, byśmy nie zatrzymywali się nad tematem chorób psychicznych tylko przy okazji kolejnej tragicznej śmierci kogoś z pierwszych stron gazet.

Wstyd i upokorzenie

Zdiagnozowanie dolegliwości psychicznych jest bardzo trudne. Obserwacje psychiatrów potwierdzają, że na początkowym etapie największym wrogiem tego procesu jest sam przyszły pacjent, często nieświadomy zmian, jakie w nim zachodzą.

Gdy pojawiły się u mnie pierwsze objawy depresji, zrzucałem wszystko na trudny czas w życiu, przemęczenie, może trochę na samotność. Absolutnie nie dopuszczałem myśli o tym, że mogę być chory, a zauważali to powoli moi bliscy. Za coś normalnego uważałem wpatrywanie się godzinami bez celu w sufit i natrętne myśli krytykujące mnie wewnątrz. Skrajne przechodzenie pomiędzy przeciwnymi emocjami wyjaśniałem sobie po prostu rozdrażnieniem „bo zima tego roku była wyjątkowo dokuczliwa”. Dla mnie wtedy znaczenie słowa „depresja” brzmiało tak jak dla większości z nas: „mam zły dzień” lub „mam doła”. Zacząłem zauważać problem, gdy zły dzień stał się złym tygodniem, złym miesiącem, aż wreszcie złym rokiem i nagle stało się dla mnie jasne: to znaczy, że mam złe życie. Ktoś musiał być tego winny, więc obwiniłem siebie.

Przyznanie się przed sobą wcale nie ułatwia zadania. Czuje się wtedy wstyd, za każdym razem, kiedy przypomnisz sobie, że możesz mieć… (tu możesz wpisać dowolną chorobę psychiczną). A chciałoby się zapomnieć i każdego dnia kilkukrotnie pozbywasz się tej myśli – nieskutecznie. Dlatego do pierwszej wizyty u specjalisty znajomi mnie zmusili. A mój opór był ogromny. Sama wizyta u psychiatry była dla mnie upokarzająca.  Jako osoba wierząca byłem silnie zaangażowany w kilku wspólnotach Kościoła w Krakowie. Wszędzie, gdzie padał temat chorób psychicznych, nawet „zwykłej” depresji, od razu diagnozowano problemy ze złym duchem, grzeszne życie i złą wolę chorego. Również w konfesjonale słyszałem podobne oceny moich dolegliwości, które były całkowicie oderwane od grzechów, z jakich się spowiadałem. Miałem wrażenie, że kapłan podejrzewa mnie o ukrywanie prawdy. Ani razu nie usłyszałem, że mój stan może mieć podłoże biologiczne. Dlatego jasnym dla mnie było, że staję się powoli wykluczony, „persona non grata”. Bałem się sam siebie.

Z wizyty u lekarza pamiętam tylko jedno zdanie, bo ono pierwsze dało mi jakąkolwiek nadzieję: „Nie będę pana otwierał w takim stanie. Najpierw uporządkujemy wychwyt serotoniny, a rozmowę dokończymy, jak będzie pan w lepszej kondycji”. I w moim przypadku był to strzał w dziesiątkę. Jednak przełknięcie wizyty u lekarza wcale nie oznacza, że nagle otworzysz się na farmakoterapię. Każdy chyba obawia się, że wyląduje na lekach psychotropowych. Ale to nie tak. To są zdecydowanie lżejsze leki, które mają pomóc odzyskać naturalną równowagę biochemiczną mózgu. Nawet nie wiemy ilu z nas cierpi na niedobory serotoniny, a przecież doświadczamy czegoś takiego jak „zimowa chandra” z powodu braku słońca i krótszego dnia. W przyjmowaniu leków pomogli mi bliscy, którzy po prostu mi w tym towarzyszyli, a nierzadko też okazywali „życzliwą presję”. W czasie dwóch miesięcy, nim leki w pełni zaczęły działać, mój stan był bardzo różny.

Z czasem zacząłem odzyskiwać pokój, później świat znów wydawał się trochę bardziej realistyczny. Przede wszystkim pożegnałem się z natrętnymi myślami i bólem psychosomatycznym, który odczuwałem w ciele. Mogłem wreszcie przespać całą noc. Byłem gotowy, żeby zacząć terapię i otworzyć się. Zaskakujące i budujące było dla mnie to, że terapia zakończyła się po kilku spotkaniach. Była jedynie po to, by uporządkować wstyd po przejściu depresji i wewnętrzną ciemność, której doświadczyłem. Usłyszałem, że moja depresja miała podłoże biologiczne. Jakiś czas później okazało się, że była po prostu objawem innej choroby. Ale po przejściu depresji byłem już na tyle silny i zmotywowany, żeby nie poddawać się diagnozie. Czułem wręcz ulgę, że moja psychika jest zdrowa. Wewnętrznie sam sobie przyznałem odznakę dzielnego pacjenta.

Nie jesteśmy opętani

Ostatnie wydarzenia w mediach zachęciły mnie, by o swoim wyjściu z choroby powiedzieć głośno. Pod materiałami o śmierci wokalisty Linkin Park czy choroby Sinead O’Connor pojawiały się wulgarne i uwłaczające ich godności komentarze. Przede wszystkim jednak były fałszywe i napiętnowały osoby chore. Dlatego postanowiłem stanąć w obronie osób cierpiących na schorzenia psychiczne. Za mało się mówi o tym, że podłoże problemu jest patofizjologiczne. Choroba psychiczna jest często jedynie objawem jakiegoś zespołu autoimmunologicznego lub innego schorzenia degeneracyjnego. Istnieją też dolegliwości psychiczne powodowane niedoborami żywieniowymi i środowiskowymi. Depresja nie jest dziełem szatana.

Trwanie w takim stanie sprawia jednak, że osoba chora odsuwa się od wszelkich źródeł nadziei: od bliskich, od wiary i od rzeczy, które kochała robić. Problemy natury duchowej bywają wtórne do tych patofizjologicznych. Dlatego u wielu chorych pojawiają się później również problemy w sferze duchowej. To wynika ze ścisłej relacji pomiędzy naszym ciałem, duszą i psychiką.

Leczenie to pewien proces. Tak jak nie kładzie się lodu bezpośrednio na silne poparzenie, tak nie jest wskazane, aby ciemność leczyć najmocniejszym źródłem światła, jakie jesteś w stanie znaleźć. Mi ciężko było słuchać i rozmawiać o Bogu, znajdować pocieszenie w wierze, ale nie czułem się kuszony przez demona. Mój odbiór świata był pozbawiony nadziei, więc każde wprowadzanie jej do mojego życia przez kogoś było negowane i poddawane w wątpliwość. Jeśli widzisz, że coś jest niebieskie, ale inni wmawiają ci, że jednak jest białe, to powstaje w tobie ogromna sprzeczność. Jestem wdzięczny ludziom, którzy się za mnie modlili, bo wiem, że moc modlitwy jest ogromna. Ale dziękuje im też, że uszanowali moje wątpliwości i o Bogu mówili mi poprzez obecność, troskę, a często też milczenie. Ich siła nie pochodziła z nich samych.

Zastanówmy się nad tym za każdym razem, gdy będziemy chcieli zrównać choroby psychiczne z działaniem demona lub przyznać rację tym, którzy tak twierdzą. Największy ból w depresji sprawia odrzucenie. Chory nie obwini nas, ale obarczy całą winą siebie samego, ponieważ nie ma siły stanąć w swojej obronie. Tak trudno jest przyznać się przed sobą, a co dopiero przed innymi. Nie oczekuj, że wytłumaczy ci się ze swoich dolegliwości. Potrzeba nam wyrozumiałości, bo nigdy nie wiemy, czy trafiliśmy na aroganta i malkontenta, czy może na osobę chorą. Ja dopiero z perspektywy czasu rozumiem, jak czuli się ludzie, którzy o mojej chorobie nie wiedzieli. To było wzajemne odrzucenie, bardzo bolesne. Jednak o tym, że nie mam do nich pretensji, mogę powiedzieć dopiero dzisiaj.

Depresja może przebiegać w różny sposób. Chester mówił przez lata o swojej traumie, śpiewał o tym, a mimo to nie był rozumiany. Krótko przed śmiercią jeden z dziennikarzy wyśmiał jego zwierzenia dotyczące choroby. Sinead próbuje zwrócić na siebie uwagę uciekając, nagrywając filmy, w których płacze i grozi, że się zabije. Jej kolejne wyczyny szybko trafiają do Internetu. Robin Williams umarł sam i nikt nie podejrzewał, że cierpi na demencję spowodowaną neurodegeneracją. Powiedział kiedyś: „Wystarczy się tylko uśmiechnąć, aby ukryć zranioną duszę i nikt nawet nie zauważy, jak bardzo cierpisz” – ale nikt nie brał na poważnie słów znanego komika. Dla mnie właśnie jego odejście było szczególnie bolesne. Wspaniały aktor, dobry człowiek, od zawsze czułem, że jego humor jest jakiś głębszy i pełen życzliwości. Nawet nie podejrzewałem przez jakie trudności przechodzi. On śmiejąc się, mówił o rzeczach ważnych, bez obrażania innych wytykał ludzkie przywary. Jego życie i praca były bardzo świadome, ale, jak widać, nawet świadomość i znajomość siebie nie ułatwiają przechodzenia przez zaburzenia psychiczne. Ich kontrolowanie jest w większości przypadków niemożliwe.

Rola najbliższych w uzdrowieniu

Aby pomóc osobie chorej, samemu trzeba być silnym. Jeśli masz w swoim otoczeniu kogoś takiego, warto abyś sam miał wsparcie w kimś bezpośrednio niezaangażowanym w sprawę. Trzeba umieć stawiać granice przede wszystkim sobie. Musimy być świadomi tego, co robimy i na ile jesteśmy w stanie realnie wesprzeć chorego.

Wszystko, co czynimy róbmy z ogromną wrażliwością, ale nie z przewrażliwieniem. Nie mówmy słów, w które sami nie wierzymy, unikajmy sloganów, nie motywujmy na siłę. Rozmawiając, pomagajmy przejść choremu przez aktualne procesy myślowe w jego głowie. Nie rozwiązujmy za niego problemów, nie starajmy się zwrócić jego uwagi na sedno sprawy i właściwe źródła. Czasem wystarczy poprawić mu nastrój i rozwiązać dokładnie to, czym żyje teraz. Próbujmy to robić naturalnie i płynnie przejść do rozmów na inne tematy. Pomoc w porzucaniu aktualnego „bagażu” jest bardzo ważna, ale nie można jej mylić z ignorowaniem problemów, które buduje poczucie krzywdy i odrzucenia.

Jako osoba bez wykształcenia medycznego nie możesz brać odpowiedzialności za leczenie i zdrowie przyjaciół, ale możesz z nimi budować środowisko przyjazne leczeniu i przychylnie nastawione do chorego, który silnie utożsamia się z własnym cierpieniem. Nie dawaj sobie ani choremu zadań, które mogą zakończyć się niepowodzeniem. Trzeba ograniczać do minimum ryzyko kolejnych porażek, które utwierdzają tylko w przekonaniu, że depresja jest zasłużona.

Najważniejsze jednak to: zadbaj w swoim życiu o przestrzeń bez choroby. Jesteś potrzebny, ale łatwo ze współczucia wejść w niezdrowe współodczuwanie. Musisz mieć źródło, z którego ty też będziesz czerpał siły do własnego życia. Ty też jesteś ważny. Choroba dominuje w myślach i życiu osoby chorej, ale nie musisz się bać, że zajmie też cały twój świat. Im większa będzie twoja świadomość, tym lżej zniesiesz podobne sytuacje. A po wszystkim pamiętaj, że zasłużyłeś na małe wakacje. Nie od przyjaciela, ale od choroby. Pomyśl, co możesz zrobić dla siebie, by pożegnać się symbolicznie z depresją bliskiej osoby.

Utarło się stwierdzenie, że „dawniej chorób psychicznych nie było” i trwa do dzisiaj. Było to kłamstwo mające na celu ukrycie tych wstydliwych dolegliwości. Nie było ich tylko w ramach pewnej umowy społecznej, która zabraniała o tym mówić. Choroby psychiczne były na tyle wstydliwym problemem, że rodziny ukrywały je w obawie przed wykluczeniem.

I choć dzisiejsze dolegliwości natury psychicznej są inne, np. pojawiły się nowe kategorie uzależnień: od mediów i technologii, to nie możemy z pewnością stwierdzić, że jest lepiej lub gorzej. Zmieniło się przede wszystkim to, że sami chorzy przełamują tabu, mówiąc o swojej chorobie wprost lub anonimowo za pośrednictwem blogów i na forach. Również szczególne zwrócenie uwagi służby zdrowia i pomocy socjalnej sprawiło, że nie tylko poziom opieki nad takimi osobami się poprawił, ale mamy w końcu wiarygodne źródło statystyczne. Chorzy stali się wreszcie policzalni.

Język, który głęboko rani

W Polsce sytuacja nie jest najlepsza pod względem szacunku wobec chorych psychicznie. Ostatnio Rzecznik Praw Obywatelskich, Adam Bodnar, wyraził mocno swój sprzeciw wobec języka, którym mówią dzisiaj politycy. Jego wypowiedź też spotkała się z falą nienawiści w komentarzach. A ja zgadzam się z nią w całości Spróbujmy zdać sobie sprawę z tego, jak bardzo krzywdzimy osoby prawdziwie chore, wyzywając naszych przeciwników od „psycholi” i wysyłając ich do „wariatkowa”. Utwierdzamy świat w przekonaniu, że jest to coś, czego powinniśmy się wyjątkowo wstydzić.

Nie ma naszej zgody, żeby obrażać w ten sposób kogokolwiek. Drodzy politycy: przestańcie posądzać o to panią Pawłowicz, pana Niesiołowskiego, Kaczyńskiego i wielu innych tylko dlatego, że się z nimi nie zgadzacie. Jeśli źle robią, niech sami ponoszą odpowiedzialność za swoje czyny, nie obarczajcie nią osób chorych. Od dochodzenia prawdy macie odpowiednie instytucje. Żadne poglądy nie są wyznacznikiem tego, czy jest się przy zdrowych zmysłach. Diagnozowanie jest bardziej skomplikowane niż nam się wydaje. Nie chcemy uczestniczyć w brudnej walce politycznej. Nie kosztem naszych chorób. Partie zyskują w sondażach, ale nikt nie poniesie za chorych ciężaru spustoszenia, jakiego dokonali politycy. Kolejny raz zostaliśmy wykluczeni. Mamy XXI wiek i już czas, żeby zaburzenia psychiczne były traktowane przez ludzi, jak inne choroby.

Tę samą prośbę mam do ludzi Kościoła, a szczególnie biskupów. Kładźcie większy nacisk na kształcenie w tej sprawie kleryków, braci i wyświęconych już księży. Każdego miesiąca można znaleźć w sieci nowe nagrania katechez i rekolekcji, w których kapłani nieposługujący nawet jako egzorcyści, wypowiadają się nt. depresji czy schizofrenii. Pisząc ten tekst, natknąłem się na facebooku na kolejną wypowiedź księdza, który stwierdził, że dowodem na rychłe nadejście końca świata jest ilość osób chorych na depresję i zaburzenia dwubiegunowe.  Jego zdaniem powodem są grzechy pokoleniowe, która dają szatanowi dostęp do człowieka. Nie muszę chyba przypominać, że na temat owych grzechów wypowiedzieli się już stanowczo biskupi w swoim liście, który możecie przeczytać <<tutaj>>.

Drodzy kapłani, nie zdajecie sobie sprawy, jak bolą spojrzenia ludzi, którzy nie akceptują waszej choroby. Jeśli takie słowa usłyszy ktoś, kto stracił nadzieję, kto nie widzi działania Boga wokół siebie i nie ma przy sobie kogoś bliskiego, trudno mu będzie zostać w Kościele. Wykluczenie ze wspólnoty popycha o wiele więcej osób w ręce szatana niż choroby psychiczne. Rozeznanie to słowo klucz, które charakteryzuje wykwalifikowanych psychiatrów i egzorcystów. Nikt z nas nie podważa wzajemnej zależności pomiędzy cielesną i duchową sferą bycia człowiekiem. Pamiętajmy jednak, że zamknięcie na Boga jest częściej efektem choroby niż jej powodem. Bo Bóg nigdy nie zamyka się na nas.

Mam nadzieję i chcę się nią dzielić

Każdy przypadek jest inny i każdy chory musi być inaczej traktowany. Jednemu wystarczy terapia farmakologiczna, innego czeka też psychoterapia. Leczenie depresji nie jest, jak wyrwanie zęba. To długa droga każdego pacjenta. Wiem, że ciężko to wszystko zrozumieć, będąc zdrowym, ale nie wypowiadajmy nigdy pochopnych sądów. One tak naprawdę obnażają jedynie naszą ignorancję i niezwykle ranią innych.

Podczas mojej choroby pracowałem jako koordynator w KO Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. Dziękuję dzisiaj wszystkim ludziom, którzy budowali wokół mnie wspólnotę, nie zdając sobie sprawy, jak bardzo pomogli mi przez to odzyskać zdrowie i wiarę.

Pisałem to świadectwo przede wszystkim z myślą o ludziach zdrowych. Chciałem dać wszystkim szansę na zrozumienie depresji, bo dla mnie to była podróż w nieznane, z której wróciłem, żeby się tym dzielić. Mam jednak świadomość, że wiele osób cierpiących na depresję również może tu trafić. Dlatego proszę, abyście w komentarzach dzielili się pozytywnymi doświadczeniami wyjścia z choroby i walki z nią. Zostawmy negatywne komentarze niewypowiedziane. Zacznijmy budować społeczeństwo, które będzie silne wzajemnym wsparciem. I módlmy się za siebie. Bóg działa nawet wtedy, gdy zapominamy, jak ma na imię. Jezus to znaczy: Bóg zbawia.

***

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu Deon.pl

 

Dyskusja ( 6 )

  1. Również bardzo dziękuję . Nie jest łatwo pisać o swojej chorobie. Oprócz przesłania tekst Twój niesie ogromną nadzieję która i mnie ogarnęła.

  2. Nic nowego nie napiszę – dziękuję za tekst. To fakt, że niektórzy Księża nie potrafią zrozumieć sytuacji osoby w depresji, wręcz wpędzają w poczucie winy. Nie robią w większości tego ze złej woli ale z ignorancji. Naprawdę warto – według wielokrotnych zaleceń Stolicy Apostolskiej – wprowadzać elementy psychologii zarówno w seminarium jak i w zakonach, aby te osoby później umiały właściwie pomóc innym.
    Ale nawet jak się nie znajdzie osoby będącej „w temacie” to w Polsce całe szczęście obecnie jest też dużo dobrych książek na te tematy. Mnie osobiście wręcz „uratowały” książki Conrada Baarsa i Anny A. Terruwe „Integracja emocjonalna” i „Integracja psychiczna”. Jak dobrze, że dają realną nadzieję zmian na lepsze. I poczucia, że nie jest się jedynym takim „dziwnym”, że są i inni, którzy przeszli to cierpienie.

    • W zasadzie wszystkie – stan zapalny organizmu, w którym organizm atakuje samego siebie może w każdej chwili dotyczyć układu nerwowego: stwardnienie rozsiane, toczeń. Ale również problemy z wchłanianiem o podłożu chorobowym lub pasożytniczym mogą prowadzić do schorzeń psychicznych poprzez niedobór składników niezbędnych do prawidłowego działania (celiaklia, tasiemiec absorbujący witaminy z grupy B).

      • Również brak magnezu, witaminy C, żelaza, cynku, krzemu. Wszystko ma znaczenie. Brak jednego składnika lub jego niedobór wywoła brak kolejnego, bo np. ten drugi bez pierwszego się nie wchłania. Od strony fizycznej jesteśmy skomplikowaną fabryką chemiczną.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *