#LEDNICAzachwyca

Stojąc pod Bramą Rybą w trakcie adoracji, miałem łzy w oczach. I były to łzy szczęścia. Tak często zapominamy, jaki nasz Kościół jest piękny. Dlatego właśnie potrzebujemy Lednicy. Tego dnia miałem kilka szczególnych wzruszeń, o których chciałbym wam opowiedzieć.

Lednica jest festiwalem wiary, który wyciąga z ukrycia wszystko to, co piękne w Kościele. To święto naszej codziennej wiary, tak często ukrytej i zakurzonej. Na Polach Lednickich można się po prostu nią ucieszyć.

Przez wiele lat wobec Lednicy padały różne zarzuty. Wszystkie krążyły wokół definicji takich słów jak banał, „płycizna”, jarmark odpustowy. Biorę udział w Spotkaniach od 13 lat i widzę z perspektywy czasu, jak Lednica mnie ukształtowała w dojrzałej wierze. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że taka forma nie jest odpowiednia dla każdego. W tym całe piękno Kościoła, że spotykają się w nim ludzie najróżniejszych duchowości. Nie przejmuję się specjalnie podobną krytyką, bo ile razy jest tak, jak w Ewangelii, że nasze nastawienie rodzi nam specyficzne owoce: „Kto przyjmuje Jezusa jako proroka, nagrodę proroka otrzyma”. To często tzw. samospełniające się proroctwo.

Robotnicy ostatniej godziny

Lednica ma swoje piękne miejsca, ale ma też takie, których piękno trzeba dopiero odkryć. Dla mnie takim właśnie miejscem są tzw. tyły pola. To symboliczne peryferia Kościoła. Za każdym razem, będąc tam, doświadczam cudu spotkania z Bogiem. Ojciec Jan miał wręcz mistyczne przeczucie, że tam będą działy się wielkie rzeczy, dlatego przed laty umieścił na samym końcu pola kaplicę adoracji. Nie postawił porządkowych, nie ustawił zasieków, ale dał im Jezusa. Wiedział, że On zrobi swoje.

(fot. archiwum prywatne)

Jezus nie zraża się trwającą w ostatnich sektorach „imprezą”, nie odwraca głowy od ludzi ukrywających się po krzakach, piknikujących na trawie. Daje im czas, a oni w odpowiednim dla siebie momencie przychodzą. To prawdziwi „robotnicy ostatniej godziny”, których papież Franciszek nazywa też Zacheuszami i ludźmi na peryferiach. Oni potrzebują dystansu, by móc wdrapać się na swoje sykomory i dostrzec Jezusa.

Setki kapłanów zaraz po przyjeździe zostawiają swoje grupy, zakładają stuły i nie zważając na warunki pogodowe, idą spowiadać. Kolejki są ogromne, sam musiałem stać kilkadziesiąt minut w jednej z nich. Za mną zapętlała się inna kolejka, w której kilkaset osób oczekiwało do modlitwy wstawienniczej. Nie szukali fajerwerków, ale wspólnej modlitwy. Pytałem ich, czego oczekują. Większości chodzi tylko o doświadczenie wspólnoty. Nikt wcześniej ich tej modlitwy nie nauczył.

Z czasem to miejsce zaczęło żyć jeszcze bardziej. Pojawili się Ewangelizatorzy Lednicy. Gdybym miał opisać jednym zdaniem, kim oni są, powiedziałbym – to ludzie, którzy pytają: „jak masz na imię?”. Bo tak naprawdę nie chcą niczego więcej. I na tym polega ich rola. Na budowaniu relacji i poczucia, że nie jesteś tu anonimowy, przypadkowy, nam obojętny. Masz pełne prawo być na Polach Lednickich i cieszyć się swoją wiarą, choćby była wątła jak trzcina i gasnący płomień. Nawet jeśli tej wiary nigdy nie doświadczyłeś i być może nie znasz Jezusa.

Najpilniejsza rola Kościoła dzisiaj to towarzyszenie ludziom. Czyli duszpasterzowanie w pełnym tego słowa znaczeniu. Tego pragnął ojciec Jan. Ojcostwo było miarą jego towarzyszenia młodzieży.

(fot. Lednica2000)

Wiara rodzi się ze słuchania

Ojciec Jan zawsze dostrzegał wartość ludzi „nieznaczących”, jak sam kiedyś ich nazwał. Za tym słowem kryją się wszyscy ci, których obecność i praca pozostają bez echa, ale są fundamentalne dla wspólnoty Kościoła. To siostry zakonne, bezimienni księża w parafiach, katecheci w szkołach. Zawsze starał się docenić i wyeksponować ich obecność na Lednicy. Nie tyle chodziło mu o piedestał, ile o zakorzenienie w świadomości młodzieży, że wiara nie wzięła się znikąd, została nam przekazana. Za tym przekazem stoją właśnie oni. Dlatego Lednica jest największym kościołem świata, choć nie ma murów, gdzie przy ołtarzu spotykają się w jednym momencie tysiące kapłanów. Nigdy nie odchodzą z tego miejsca z pustymi rękami. Jego „kocham was” nie miało tylko wymiaru symbolicznego. To było szczere wyznanie.

Spotkanie z siostrami zakonnymi było dla mnie najbardziej wzruszającym momentem tegorocznej Lednicy. Gdy zobaczyłem je wszystkie na Drodze Trzeciego Tysiąclecia, a dookoła tysiące ludzi modlących się nad nimi z wyciągniętymi rękami, dotarło do mnie, że nigdy wcześniej ich nie doceniałem. Naprawdę znałem różne szalone siostry: jedne w swoim szaleństwie oddawały całe życie Bogu zamknięte za klauzurą, inne wychodziły do ludzi, a to wyjątkowo trudna posługa. Ba! Znam nawet takie, które nie bały się wsiąść na traktor załadowany sianem, by nakarmić ludzi pracujących w polu. Częściej jednak śmiałem się z nich po cichu: z tego, że co zakon, to habit, że śmiesznie się nazywają, że liczba charyzmatów żeńskich zakonów zdecydowanie przewyższa możliwości Ducha Świętego. W tej jednej chwili zobaczyłem całe ich bogactwo i nasze, że je mamy. Z siostrami zakonnymi jest jak z matkami. Nie doceniamy ich, dopóki nie stracimy. Gdyby ich zabrakło, Kościół stałby się bardzo biedny.

Języki ognia

Podobne odczucia mam zawsze, gdy widzę tysiące księży zmierzających w stronę ołtarza, w białych albach. Niosących w ofierze chleb, który stanie się Komunią. To niesamowite, gdy wyciągają ręce podczas przeistoczenia i wspólnie chórem powtarzają słowa Jezusa: „Oto ciało moje i krew”, a każdy z nich jest tak bardzo inny od tego drugiego, stojącego obok. Komunia na Lednicy to najpiękniejsza sprawa. Bardzo intymne spotkanie z Bogiem, który przychodzi do mnie i znajduje mnie w tłumie. Przewodnicy, trzymając pochodnie, idą z kapłanami w ciemność Pól Lednickich. Z daleka widać już tylko, jak kolejne języki ognia rozchodzą się wśród sektorów. Prawdziwy obraz Pięćdziesiątnicy. Noc wieczernika.

A po tym intymnym spotkaniu wszyscy się budzą jak ze snu. Zaczyna się wielbienie. Bóg przychodzi do swojego ludu, a lud się cieszy, że Bóg jest między nimi. Zupełnie jak za czasów Króla Dawida, który tańczył z radości przed Arką Przymierza. Kilkadziesiąt tysięcy osób tańczy i klaszcze, wielbiąc Boga. Znamy tę biblijną scenę, gdy nad brzegami innego jeziora padają te same słowa: „Panie, Ty wiesz, że Cię kocham”. To nie jest moja duchowość, ale nie potrafię odmówić tym ludziom szczerości w ich radosnym tańcu. Za każdym razem czekam na ten moment.

Chwilę później ci sami ludzie klęczą w zupełnej ciszy, bo środkiem drogi idzie Najświętszy Sakrament. Ich spojrzenia mówią o tym, że rozmawiają z Nim. Nie wiem o czym, każdy ma własny dialog. Pole, które jeszcze niedawno tętniło radością i życiem, teraz zatrzymuje się nad tajemnicą życia. Próbują zrozumieć życie, jakie chce im podarować Jezus. Ojciec Jan zawsze płakał jak dziecko, widząc ten obraz. Ja również nie mogłem powstrzymać łez.

Prosty język miłości

Biskup Ryś powiedział młodzieży: „nie musicie zapracować na miłość, ona jest za darmo”. A później wręcz wykrzyczał z ambony: choćby „cały świat mówił wam, że jesteście bez sensu, niepotrzebni, i przypadkowi, to każde uderzenie tętna mówi nam o tym, że Bóg nas chce, potrzebuje i kocha!”. Widziałem poruszenie wśród ludzi, jakby nie mogli uwierzyć w te słowa i słyszeli je pierwszy raz, chociaż to sedno Ewangelii. Nie tylko ich własne rodziny, ale cały świat mówi im, że ich wartość polega na tym, co potrafią wyprodukować, że byli nieplanowani, a nawet, że są pomyłką. Jezus tak nie mówi! Po to jest Lednica – byście nie zwątpili, posilili się i nieśli to przesłanie dalej. Idź i kochaj. Może jesteśmy słabi i niewierni, ale Lednica uczy nas w najprostszym języku mówić o miłości.

Byłem bardzo zbudowany komentarzem Błażeja Strzelczyka, który w punkt oddał ducha tego spotkania: „To, że młodzi ludzie z Kościoła katolickiego spotykają się pod hasłem: «idź i kochaj», uważam za największy z możliwych aktów odwagi w dzisiejszych czasach”. Dla takich prostych, ale znaczących gestów potrzeba w Kościele miejsca dla Lednicy. Ona nie działa w opozycji do nikogo, jest otwarta na każdego. Lednica buduje na pozytywnych wartościach, na tym, co scala, ale też nie unika pytań o różnorodność, która jest ważna – każdy może coś wnieść do wspólnoty.

 

Ojciec Jan zawsze chciał, żeby Lednica wskazywała na Chrystusa. Polityka weszła do Kościoła i pomieszała się nam z rzeczywistością sakramentalną. Na Lednicy nigdy miejsca na politykę nie było i nie będzie. Ambona nie może być mównicą, nawet dla prywatnych poglądów ludzi Kościoła, do których mają przecież prawo. Ambona ma służyć Ewangelii. Pierwsze i ostatnie słowo w Kościele należy do Chrystusa, a jedynym pewnym objawieniem tego słowa jest właśnie Ewangelia, którą Kościół głosi. Dominikański charyzmat cieszy się ogromną popularnością wśród młodych i pokazuje, że młodzi nie szukają zamienników oraz nieprawdziwych historii. Szukają ewangelicznego świadectwa.

Udało mu się

Za życia Jan Góra OP musiał wysłuchiwać zarzutów, że uzależnia ludzi od siebie, że tworzy „bezpłodną” wspólnotę, bo nie mają charyzmatu, nie pociągną Spotkań po jego śmierci. Nie przejmował się tym i robił swoje. Wychował twórcze i odpowiedzialne pokolenie ludzi zdolnych do myślenia o bliźnich. To już drugie Spotkanie bez niego. Ani razu nie miałem poczucia, że Lednica napompowana jest kultem jednostki, robiona dla kogoś nieobecnego już wśród żywych. Ludzie ze Wspólnoty Lednickiej realizują testament ojca Jana i wychodzą ze swoim przesłaniem do żywych. Obecność Jana można odnaleźć w głębokiej wierze ludzi, że „świętych obcowanie” jest rzeczywistością. On pomaga z góry, a ludzie pięknie sobie dają radę, kontynuując, ale też tworząc coś świeżego i równie głębokiego. Bo z Lednicy się nie wyrasta, do niej się dojrzewa.

(fot. Lednica2000)

Pisałem ostatnio, że kładziemy zły akcent na to, co dzieje się na świecie. Przesadnie wierzymy w spiski i moc szatana, a nie doceniamy obecności Ducha Świętego w Kościele. Byłaby to wielka nieścisłość, gdybym widział tylko taki obraz. Przedstawianie obrazu współczesnego świata bez takich dzieł jak Lednica2000 to zafałszowywanie go. Kościół jest niesamowicie piękny i żywy. Lednica jest na to dowodem. Cieszę się, że w nim jestem. Wśród najróżniejszych ludzi spotkanych tego dnia na Lednicy była Kasia Olubińska z TVN, szalony Cordian Szwarc OFM, znajomi dziennikarze z „Przewodnika Katolickiego”, „Gościa Niedzielnego” i „Tygodnika Powszechnego”. Tak różni i tak podobni. Bez podziałów, bez akcentowania siebie i swoich poglądów. Wszyscy byliśmy razem ze sobą. Łączył nas Chrystus, o którym bp Ryś powiedział podczas modlitwy: „Jezu, to pokrewieństwo jest w Tobie”. On nas jednoczy. Kościół jest powszechny, a to znaczy, że również różnorodny i dla wszystkich.

***

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu DEON.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *