La grande bellezza!

Carpe diem. Najbardziej znienawidzona przeze mnie sentencja. Nie wyrażająca nic, banalna, uboga. Jedyny sens miała na licealnych lekcjach języka polskiego przy okazji wspominania epikurejczyków. Czyli krótko mówiąc martwe słowa. Dziś jest dla mnie oznaką dojrzałości. I choć sama w sobie wciąż silnie kojarzy się z wytatuowanymi przedramieniem osiedlowego gangstera, to przecież chwytanie każdej chwili jest tym czego nie potrafimy robić do samej śmierci. A życie polega właśnie na tym, by je przeżyć.

Pisałem już o tym przy okazji powielania martwych wspomnień na naszych tabletach i telefonach. To było preludium do tego co wiem dzisiaj. Lata pielęgnowania własnych nieszczęść i obserwowania cudzych uświadomiły mi, że cierpią ludzie nie pogodzeni ze sobą. Wewnętrzna zgryzota pomiędzy być, a mieć napędza wyścig odbierający nam radość życia. Ciągle na coś pracujemy nie mając czasu nacieszyć się tym jacy jesteśmy. Piękno świata mija nas niewzruszonych. Umieramy.

Odkąd nauczyłem się kochać moment dany mi teraz zobaczyłem, że mam niesamowicie szczęśliwe życie. Codziennie za nie dziękuję.  Życie „tu i teraz” koryguje nasze wewnętrzne wady postawy. Pierwsza i najważniejsza jest ta wobec przeszłości. Trzeba uświadomić sobie, że przeszłość to tylko wspomnienia i taką wartość powinna mieć. Żeby wyciągać lekcje z naszych porażek nie trzeba nimi wciąż żyć. Nadajemy zbyt duże znaczenie przeszłości, a ona rozgrywa się już tylko w nas. Bo choć ulice, parki i ludzie przypominają nam dawne chwile, to one już nie istnieją. Spotykamy innych ludzi, w nowych sytuacjach, na nowych drogach. I to co myślimy, co nas boli lub wzrusza jest tylko w nas. Podobnie z przyszłością. Jest to czas marzeń, wyidealizowana utopia, w której nie brakuje nam motywacji, czasu i pieniędzy. Odkładamy wszystko na później, bo jesteśmy pewni większych możliwości w przyszłości. Jedno i drugie jest złem.

Lekarstwem jest teraźniejszość. Jeśli nie zacznę przeżywać swojego życia, kontemplować każdej chwili, zauważać szczegółów, skupiać się na tym co mam teraz, co dzieje się ze mną teraz – to zawsze będę za czymś tęsknić. Porażki i zwycięstwa nieprzeżyte, nieskonsumowane w chwili kiedy się dzieją prowadzą do rozpamiętywania. Całe życie można stracić żyjąc w goryczy negatywnej pamięci i tęsknoty za lepszymi czasami. Jeśli natomiast przedobrzymy w przyszłość i skupimy się na celu, a nie na drodze to czeka nas klęska. Potkniemy się o zwykłe sprawy, o masę drobnych rzeczy, które prowadzą do osiągnięcia wielkich. Nie wyciągniemy żadnej lekcji. Biegnąc trzeba przede wszystkim patrzeć pod nogi i tylko czasem zerkać na cel, w górę. Czasami najpiękniejsza jest droga do osiągnięcia szczytów.

Uwielbiam włoski styl gotowania. Rodzina i przyjaciele spotykają się w kuchni razem, biesiadują. Otwierają wino, później przenoszą rozmowy do stołu, nad głowami fruwają półmiski z jedzeniem, wszyscy wymachują rękoma, śmieją się, wspólnie zmywają. Ten dla wielu banalny obrazek to moja recepta na szczęście. Liczą się ludzie obecni. Przeżywanie spotkania na takim poziomie to wielka sztuka, by nie uciekać myślami do problemów i rozterek. Zbyt wiele czasu spędzamy zamknięci sami w sobie, korzystajmy z chwili nam danej, z ludzi nam towarzyszących. Polecam spróbować, to jest piękne i niesamowite.

Czy zastanawialiście się kiedyś dlaczego smaki i zapachy dzieciństwa tak bardzo różnią się od tego co próbujemy dzisiaj? Ponieważ dziecko ma wrodzoną zdolność do przeżywania teraźniejszości. Nie pamięta złego, a o przyszłość się nie boi. Tak jakby te dwa czasy przeszły i przyszły w ogóle nie istniały. Jest tylko ono, w tym konkretnym momencie jedzące maliny, drożdżówkę z budyniem lub wybierające palcem miód z dziadkowej wirówki. Ten smak już na zawsze będzie wyjątkowy, bo jest nasiąknięty wspomnieniami. A jak inaczej budować piękne wspomnienia jeżeli jesteśmy poza swoim życiem? Jeśli nie mamy nad nim kontroli i wszystko nam umyka. Zbiera się na nas tylko kurz tego co rzuci tzw. los. Największy ból czują ludzie pragnący innego życia, ale posiadający jednocześnie wyuczoną bierność wobec życia. Przestałem żyć cudzym życiem, przestałem zazdrościć. Spakowałem plecak i ruszyłem w drogę.

Nie wiem jaka jest uniwersalna recepta na carpe diem. U mnie zaczęło się to dziać dość subtelnie i samoistnie. Pewnego dnia zamiast narzekać na swoje położenie zmieniłem je. Zacząłem od prostych spraw. Odciążając się z negatywnego myślenia powoli zauważałem niesamowite piękno prostych rzeczy. Pomimo ukończenia studium fotografii marny był ze mnie fotograf. Już wtedy wolałem patrzeć, słuchać i angażować się w sytuacje niż robić zdjęcia. Dzisiaj wiem, że po prostu lubię żyć momentem. Zawsze imponowali mi ludzie mający coś do powiedzenia, współcześni kronikarze i gawędziarze. Sam też chciałem taki być. Nosić w sobie historie swoje i ludzi, jak najcenniejszy skarb. I dziś to robię, niosę opowieść.  To wszystko jest możliwe dlatego, że żyję – a nie egzystuję. Świadomie, aktywnie, z niesłabnącą pasją. Moją tajemnicą jest kosztowanie życia. To co dobre i co złe jest tylko jedną z wielu milionów barw jakie posiada. To jedyna droga do spełnienia: żyć uważnie.

Rodzimy się z pakietem talentów, pasji, zdolności, sił, energii i wrażliwości. Zapakowane w podróżny plecak stoją latami przy kanapie. Trzeba wstać z kanapy, otrząsnąć się i wyruszyć w podróż. Jeśli nie odpakujemy tego pakietu nic nigdy się nie wydarzy. Dosłownie nic. Otwarcie go spowoduje wszystko. A jedyne co tam znajdziemy to kilka przedmiotów do przyglądania się światu z bliska. Zdziwicie się w jakich miejscach można odnaleźć obecność Boga.

Miejże dla siebie miłosierdzie. Wyjdźże do ludzi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *