Kolekcjonerzy martwych wspomnień

Jestem daleki od zamykania ludzi w pokoleniowych granicach i szufladkowania ich według ogólnych wzorów. Tym razem chyba i ja uległem, ale trudno przejść obojętnie obok pewnej diagnozy naszego społeczeństwa. To szeroka grupa i w różnym stopniu zawiera w sobie wszystkich, którzy przekroczyli próg XXI wieku. Pytanie jest jedno: czy ludzie przełomu tysiącleci potrafią jeszcze przeżywać swoje życie?

Odkąd stałem się pełnoletni z większą swobodą mogę uczestniczyć w wielu wydarzeniach kulturalnych i społecznych. Na przestrzeni tych 8 lat widzę ogromną różnicę w zaangażowaniu się ludzi. Pamiętam swoje pierwsze wyjazdy i radość jaka się udzielała wszystkim, setki poznanych osób i wspomnienia, którymi mogę podzielić się tylko ja, bo są w mojej głowie. Okazjonalne zdjęcia w większości ściągnięte z internetu były tylko wstępem do opowieści, która potrafiła przenosić w to miejsce i ten czas.

W czerwcu 2014 byłem na festiwalowym koncercie Florence and the Machine. Długo czekaliśmy, dotarliśmy bez problemu, trafiliśmy blisko samej sceny. Z chwilą rozpoczęcia dałem się ponieść muzyce. Czułem się wspaniale, zamknąłem oczy, a gdy po chwili je otworzyłem scenę trudno było już dostrzec. Wyrósł las rąk trzymających tablety, telefony i aparaty. Pomyślałem, że to tylko chwilowe i sam się dołączyłem, by mieć choć jedną pamiątkę. Zdrętwiały mi ręce i zobaczyłem, że tak naprawdę to całe wydarzenie przechodzi obok mnie. Postanowiłem odłożyć telefon i po prostu uczestniczyć. Wychodziliśmy we wspaniałym humorze, zadowoleni, niosła nas muzyka. Dookoła jednak były tłumy ludzi narzekających na wszystko, nerwowo przeglądających swoje nagrania w kolejce do wyjścia i przeklinających ich jakość. Jedyne co zapamiętali to ustawienia tabletów. W internecie jest masa filmów. Gdybym posiłkował się nimi nigdy nie poszedłbym na żaden koncert. Najważniejsze wynieśliśmy w sobie. W mojej głowie wciąż brzmi ten występ jak z najlepszego studia nagraniowego. Zapamiętałem autora i jego przesłanie, a nie marketingowy produkt.

Dwa lata temu moi znajomi wrócili z zagranicznej wyprawy marzeń. Umówiliśmy się jednego popołudnia na kawę z opowieścią. On się spóźniał przez korki na mieście, ona nerwowo przygotowując poczęstunek podała mi laptop i zaproponowała bym obejrzał zdjęcia. Kiedy usiedliśmy już wspólnie przy stole nie mieli nic do powiedzenia na temat swojej wędrówki. Odpowiadali jedynie na moje pytanie. Pomyślałem, że może było to na tyle osobiste, że nie chcą się tym dzielić. Oni jednak dodali tylko tyle, że było fajnie i było warto. Kolega zaczął wtedy opowieść, że przy wyprawie nad wodospad nie zabrali ze sobą żadnego aparatu. O tym jedynym dniu potrafili cokolwiek opowiedzieć, ten jeden dzień przeżyli w pełni. Opisali wszystko z dokładnością jakiej nie widziałem na żadnym innym zdjęciu. Szybko jednak temat zszedł na lokalne wydarzenia podczas ich nieobecności. Miałem wrażenie, że nic nie płacąc i nigdzie nie wyjeżdżając przeżyłem znacznie więcej.

Mój tata był fotografem amatorem. Często zabierał ze sobą analogowego zenita. Miał z góry określoną liczbę klatek w kliszy, więc nigdy ich nie trwonił. Każde zdjęcie było przemyślane, ale i spontaniczne. Robił je tak ukrycie, że nie mieliśmy poczucia jego braku na rodzinnych imprezach. Zdjęcia były tylko dodatkiem do całej reszty. Podobnie gdy robił nam zdjęcia w domu podczas zabawy. Zawsze był w niej obecny. Dzisiaj oglądamy je, a każde z nich ma spory bagaż opowieści i anegdot. To jest chyba tajemnica prawdziwej fotografii. Zaangażowanie w wydarzenie przedkłada się na wymowę zdjęcia.

Ja zdecydowanie wolę uczestniczyć. Kiedy byłem w Izraelu denerwowało mnie noszenie przy sobie aparatu. Trochę z przymusu robiłem zdjęcia. W połowie pobytu upadł on na ziemię i skasowały się wszystkie dotychczasowe. Nie miałem też dużej karty pamięci więc zostawiłem aparat z ulgą w pokoju. Postanowiłem jednak, że od teraz będę robił dokładnie jedno zdjęcie z każdego miejsca, które odwiedzę. Przywiozłem kilka zdjęć, ale masę wspomnień i opowieści, które są we mnie żywe. Zdjęcia te otwierają kolejne rozdziały albumu, ale najważniejsze mam do powiedzenia. Widzę twarze wszystkich osób, które spotkałem. One podzieliły się ze mną swoją historią. Wspomnienia potrafią być tak realne, że gdy zamykam oczy widzę balkon na Górze Tabor o zmierzchu i czuję zapach jaki niósł wiatr.

Świat idzie do przodu, a my potrafimy tworzyć co raz więcej. Chcielibyśmy jednak wszystko zapisać. Nagrać swoje życie i oglądać jak najlepszy film krzycząc w niebezpiecznych momentach sami do siebie „uważaj!”. Nie potrafimy natomiast przeżywać swojego życia tu i teraz. Chcielibyśmy je przenieść i w cichym kącie swojego domu skonsumować czując się bezpiecznie. Zastanawialiście się dlaczego wszystko czego spróbowaliśmy w dzieciństwie ma wyjątkowy i niepowtarzalny smak? Dlaczego ulubione ciasto przygotowane przez babcię nigdy już nie zasmakuje nam tak jak wtedy lub miód wyjadany palcami z ula? Odpowiedź jest bardzo prosta. Jako dzieci pozbawione tabletów, telefonów i aparatów po prostu uczestniczyliśmy. Żyliśmy chwilą, tu i teraz było najważniejsze. Wspomnienia to najpiękniejszy negatyw, z którego całe życie możemy wywoływać odbitki. Zawsze tak samo świeże i barwne.

Jan Góra OP powiedział mi kiedyś, że to co przeczytam, skosztuję, usłyszę domaga się odpowiedzi ode mnie, jakiejś reakcji. Obraz natomiast jest, nie wymaga zaangażowania, wszystko jest widoczne i każde pytanie wydaje się retoryczne, banalne. Widać to wszędzie. Nawet w Kościele stajemy się powoli jedynie petentami i konsumentami. Idziemy na mszę, by wysłuchać dobrego kazania, posłuchać pięknej muzyki, spotkać znajomych, poczuć się spełnionym i usprawiedliwionym wobec obowiązku. Wszystko na najwyższym poziomie i co najważniejsze uważamy, że nam się to należy. W myśl demokracji – vox populi,vox Dei. W tym wszystkim ginie ołtarz, ginie Chrystus i ginie wspólnota.

Wiele rdzennych plemion nie pozwalało badaczom fotografować się. Uważali, że kradnie im to część duszy. To doskonała metafora współczesności. Skupiamy się na zapisywaniu obrazu teraźniejszości okradając go z treści. Problemem nie jest otaczająca nas technika, nawet w nadmiarze. Jest nim nasze podejście do świata. Za setki lat o naszym pokoleniu będą mówić encyklopedie pełne zdjęć, które sami zrobiliśmy. Kto jednak zaniesie naszym wnukom opowieść o nas?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *