Język wiary skończył się

Niestety językowi, który wciąż słyszymy w większości kościołów, bliżej do legendy niż świadectwa. Jeżeli nie zmienimy języka, jakim mówimy o Ewangelii, ona de facto przestanie istnieć. Już teraz powoli tracimy jej sens.

W Polsce obserwujemy dwa zjawiska. Z jednej strony są kościoły, z których młodzież ucieka, wydające się martwe. Z drugiej mamy kościoły pełne młodych: akademickie, w wielkich miastach, żywe. Źródło problemu jest jedno: język, jakim mówi się o Bogu.

Benedykt XVI w książce Światło świata napisał: „Ten, Który Przyszedł, jest wciąż raczej Przychodzącym, a my w tej perspektywie żyjemy wiarą skierowaną w przyszłość. Często ten Przychodzący bywa przedstawiany za pomocą prawdziwych, ale zarazem przestarzałych formuł. W kontekście naszego życia one już nie przemawiają i zdarza się, że nie są już dla nas zrozumiałe. Albo Przychodzący staje się pusty i pozbawiony treści, albo w fałszywy sposób bywa przedstawiany jako ogólny moralny topos, z którego nic nie wynika i który nic nie oznacza”.

Język wiary skończył się. Nie mówimy już o wierze w sposób wystarczająco czytelny, inspirujący i odnoszący się do teraźniejszości. Dlatego jak nigdy potrzebujemy uwspółcześnienia, które było jednym z kluczowych założeń Soboru Watykańskiego II. Taką potrzebę dostrzegł sam papież Benedykt XVI uznawany za żelaznego kardynała i strażnika tradycji. Uwspółcześnienie nie ma bowiem nic wspólnego z zakłamywaniem obrazu i zniekształcaniem prawdy, ale umożliwia ponowne jej zrozumienie przez pryzmat czasu i zmian. Tak jak zmianom podlegają świat i nasza świadomość, tak musi zmienić się też język, żeby był zdolny wyrazić całość przesłania Boga do człowieka.

Balansowanie na krawędzi

Wiara nie powinna być dodatkiem do życia, ale jego podstawą, na której wszystko jest zbudowane. To pewien fundament pozwalający nam zadawać pytania i odpowiadać na nie. To pragnienie jest naturalne zwłaszcza dla ludzi młodych. Jeżeli Bóg w Kościele jest martwy, to nie uzyskują oni odpowiedzi na swoje wątpliwości, nie są w stanie dojrzewać. W swoim poszukiwaniu wychodzą poza Kościół. Dlatego duszpasterstwo jest najbardziej potrzebne na peryferiach Kościoła. Tam granica pomiędzy byciem w nim i byciem poza jest bardzo cienka. Młodzi balansują pomiędzy wiarą i niewiarą.

Wiara realizuje się w spotkaniu z osobą Boga, a nie ideą. Do tego spotkania musi dochodzić teraz, ale musimy też być na nie stale gotowi. Jeżeli Bóg stał się dla nas przeszłością, Jego dzieła opowieścią o czasach minionych, a liturgia nie jest spotkaniem, tylko pamiątką, to znaczy, że straciliśmy sens wiary.

Są trzy etapy dojrzewania wiary. Jak podaje Andrzej Kijowski w książce Tropy, pierwsza młodzieńcza wiara bazuje na tradycji i wychowaniu, rozumie wszystko przez cud i zasługi. Jest odziedziczona. Swój kryzys przeżywa w zderzeniu z nauką. Gdy na rodzące się pytania nie odnajdujemy odpowiedzi albo są one sprzeczne, wtedy następuje negacja. Rodzi się wiara zaprzeczona, która pyta i docieka, dzieli włos na czworo. Pyta już nie tylko o podstawy naukowe, ale też moralne: „W jakim stopniu moja religia jest jedyną? Czy Kościół ma monopol na prawdę i może dyktować mi, jak mam żyć?”. Ten etap kończy się z chwilą, gdy Bóg staje się dla nas osobą, gdy wychodzimy poza literę Prawa. Moment nawrócenia z pielęgnowania ideologii na prawdziwe wyznawanie wiary to dojrzałość. Znając już słodycz i gorycz życia, zaczynamy tęsknić za kimś. Ten etap jest wiarą odzyskaną lub inaczej – postanowioną. Nie tylko otrzymałem łaskę nawrócenia, ale też postanowiłem trwać w wierze świadomie. Ze wszystkimi pytaniami i rozterkami, które będą mi towarzyszyć do śmierci.

Dlaczego kościoły pustoszeją?

Żadnego etapu nie można pominąć. U jednych będzie on silniejszy, u innych mniej zauważalny. We wspólnocie szukamy siebie, relacji z innymi i odpowiedzi. Jeżeli na rodzące się podczas kryzysu pytania nie potrafimy odpowiedzieć zrozumiale, wtedy pojawia się pokusa odejścia. Ewangelia głoszona z wielu ambon brzmi po prostu bardzo archaicznie, a jednocześnie jest to przesłanie, którego ludzie potrzebują. W poszukiwaniu prawdziwej miłości, prawdy i życia kierują się w stronę filozofii, które kuszą ich nie tyle łatwą przyjemnością, co mówieniem w ich języku. Młodzi znajdują się wszędzie tam, gdzie nie ma tematów tabu, gdzie ich pragnienia i marzenia są nazywane wprost. Zresztą nie tylko młodzi. Ludzie naszej epoki porzucają wiarę, bo o Jezusie mówimy, jakbyśmy nigdy Go nie poznali. Powielamy opowieści o Nim w języku, którego sami nie znamy.

Dlaczego kościoły się zapełniają?

Fenomen tego zjawiska widać zwłaszcza w wielu środowiskach akademickich i zakonnych. Rolą duszpasterstwa w Kościele jest towarzyszenie. Tam, gdzie jest duszpasterz, są też ludzie. Tam mówi się wprost, nazywa problemy i ich rozwiązania, towarzyszy i wychodząc poza ambonę, wchodzi się z Ewangelią do świata. Okazuje się, że młodzi potrafią z zainteresowaniem wysłuchać czytań, mieć do nich mądre pytania i wymagać, by homilia rzeczywiście była obecna w liturgii. Nie przedstawia im się wiary jako szczytu dążeń okupionych cierpieniem i ciężarem, ale jako zupełną podstawę, dzięki której można poznać Boga i siebie. Bo nasza wiara ulega ciągłym przekształceniom. Nie sposób jej zamknąć. Rolą formacji duchowej nie jest nadawanie jednolitej formy wszystkim, ale tworzenie przestrzeni aby to, co wyrasta z człowieka ponad „przeciętność”, służyło na chwałę Bożą.

Jeżeli nie zmienimy języka, jakim mówimy o Ewangelii, ona de facto przestanie istnieć. Już teraz powoli tracimy jej sens, nie wiemy, po co Jezus przyszedł na świat, nie wiemy, do czego nas zachęca. Wmawiamy na przykład młodym, że trzeba „mieć świat w nienawiści”, ale jak można nienawidzić świata, którego częścią tak bardzo się czują? Na każdym kroku słyszą, że są źli, że ich marzenia są niezgodne z wolą Bożą, ich dążenia grzeszne, a prawdziwe szczęście możliwe jest tylko przez poświęcenie i cierpienie. Jedno zdanie wyrwane z kontekstu, które tłumaczy im się jako „mieć w nienawiści samego siebie”. Ale czy sami rozumiemy to zdanie? Biblia zawiera tysiące takich sformułowań. Dogmaty, Katechizm, encykliki, dokumenty kościelne – wszystko pisane namaszczonym językiem, powielające stare frazesy. I pojawia się najważniejsze pytanie, które wcale nie zakłada braku wiary: dlaczego? Trzeba się z nim mierzyć, ponieważ kolejne pokolenia będą je zadawać.

Ważny jest nie tylko język, ale też forma. Ewangelię trzeba przekształcać w kulturę. Powinna być obecna wszędzie tam, gdzie jest człowiek, i towarzyszyć jego zainteresowaniom. Dlatego tak ogromną uwagą cieszą się chrześcijańska muzyka, film i książki – zwłaszcza te o relacjach i życiu. Wszystkie one tłumaczą Ewangelię na język współczesny. Z tej potrzeby narodziły się spotkania lednickie, Światowe Dni Młodzieży i liczne uwielbienia na stadionach. To właśnie robi Adam Szustak OP, któremu wielu zarzuca spłycanie i łączenie Biblii z psychoanalizą. Tak naprawdę jest on jednym z nielicznych, który podejmuje trud tłumaczenia Ewangelii na język współczesny. Niestety językowi, który wciąż słyszymy w większości kościołów, bliżej do legendy niż świadectwa.

Benedykt XVI ma coś z proroka, stawiając tak odważne oceny. Jego wnikliwe i celne obserwacje pomagają zrozumieć czasy, które nadeszły. Myślę też, że całym swoim podejściem do kwestii wiary, co widać było również w pokorze ustąpienia z urzędu, przygotował Kościół na papieża Franciszka. Tego języka dziś potrzebujemy, żeby powrócić do korzeni Ewangelii. Nie namaszczonych i wzniosłych słów, ale prostych, by wiara rodziła się ze słuchania i z opowieści – jak u pierwszych chrześcijan.

***

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu DEON.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *