Czy Bóg chce katolików walczących?

Redaktorzy Oxford Dictionaries co roku wybierają jedno słowo, które ich zdaniem ukształtowało relacje społeczne. „Słowem roku 2016” została postprawda. Jej znaczenie definiują jako: okoliczności, w których fakty mają mniejszy wpływ na kształtowanie opinii publicznej niż odwoływanie się do jej emocji i osobistych przekonań. Czy rzeczywiście tak wyglądają nasze czasy?

Do rozważenia tematu zainspirował mnie komentarz „Benedykt XVI na wojnie z fake news” Karola Kleczki. Bardziej niż fakt samego istnienia postprawdy ciekawi mnie kierunek w jakim zmierzamy i jej wpływ na nas. Co sprawia, że jesteśmy tak bardzo na nią podatni?

Badania Internetu pokazały, że postprawda była jednym z najczęściej wyszukiwanych słów w minionym roku. Z cienia wyszła wraz z kampanią Donalda Trumpa, ale i na własnym podwórku mamy wiele przykładów. Tylko w ostatnich dniach było kilka informacji, które – delikatnie mówiąc – są dalekie od rzetelności dziennikarskiej. „Rzeczpospolita” stworzyła materiał o tym, jak uchodźcy nie chcą żyć w Polsce i uciekają na Zachód, bazując jedynie na „nieoficjalnych informacjach”, nastawiając społeczeństwo negatywnie do tematu. Szybkie potwierdzenie tych faktów z naszej strony pokazało, że nie jest to prawdą i wciąż przebywają w Polsce rodziny syryjskie.

Na początku tego roku rzecznik Watykanu zdementował krążące po Internecie słowa przypisywane papieżowi Franciszkowi, iż należy połączyć chrześcijaństwo z islamem. – Są to kłamstwa. Te słowa nigdy nie padły z ust papieża – powiedział. Podobnych sytuacji było wiele. Nastała kultura memów i krótkich newsów, które nie podają źródeł, a są często bezrefleksyjnie udostępniane. Liczą się emocje, a nie prawda – opinie stają się faktami.

Widoczny początek tych zmian miał miejsce w 2006 r. To, co działo się wokół wykładu wygłoszonego przez Benedykta XVI w Ratyzbonie, najlepiej pokazuje, jak świat rozumie pojęcie prawdy. Ogromna w tym „zasługa” mediów, które wmówiły ludziom, że opinia i interpretacja mogą nosić miano prawdy. Tym sposobem dyskusja staje się niemożliwa, gdyż każdy ma prawo być dzisiaj ojcem prawdy.

Przykład różnic pomiędzy islamem, a chrześcijaństwem był pretekstem do rozmowy o wspólnych korzeniach obu religii, a co za tym idzie podobnych problemach, z jakimi się mierzą. W całym obszernym wykładzie temat islamu był poruszony tylko na początku, za pomocą jednego cytatu. Wypowiedź ta została przez media zmanipulowana i wykorzystana przeciwko muzułmanom. O tym, co naprawdę myśli papież, najwięcej powie nam komentarz, który sam polecił umieścić jako przypis:

Cytat ten został, niestety, odebrany w świecie muzułmańskim jako wyraz mych osobistych poglądów, i tym samym wzbudził zrozumiałe oburzenie. Mam nadzieję, że czytelnik mojego tekstu będzie mógł od razu zrozumieć, że zdanie to nie wyraża mej osobistej oceny Koranu, który darzę szacunkiem należnym świętej księdze wielkiej religii. Cytując tekst cesarza Manuela II, zamierzałem jedynie uwydatnić istotny związek między wiarą i rozumem. W tym zgadzam się z Manuelem II, ale nie podpisuję się pod jego polemiką. Jedynie ze względu na to stwierdzenie przytoczyłem dialog Manuela z jego perskim rozmówcą. Z tego właśnie stwierdzenia wyłania się temat moich dalszych refleksji.

Niestety krzywdzące opinie na temat wypowiedzi papieża i fałszywe interpretacje krążą po świecie powielane zwłaszcza przez ludzi Kościoła, wytaczane jako broń, którą nigdy w zamyśle autora nie miały być. Szczególnie uderzył mnie jeden komentarz w sieci: nawet jeśli papież nie chciał tego, to przypadkiem powiedział prawdę. Czy istnieje prawda bez źródła, pozbawiona go, odcięta od niego? Czym byłaby Ewangelia, gdyby odłączyć ją od Boga i Jego natchnionych autorów? Dla każdego słowa i pisma ważne jest osobiste świadectwo ich twórcy.

Nie przyjmuj wszystkiego za pewnik

Pracując w mediach, wielokrotnie doświadczyłem, jak cienka jest granica pomiędzy prawdą a opinią. Większość ludzi komentujących w sieci nie czyta treści, ale wypowiada się na podstawie tytułu lub krótkiego opisu. Wielu z nich przychodzi z gotowym komentarzem w głowie, poszukując jednego zdania, które zazwyczaj wyrwane z kontekstu służy za argument. Ktoś inny bazuje jedynie na tych komentarzach, wyrabiając sobie zdanie o świecie, które dla niego staje się „jedyną prawdą”.

W dzisiejszych czasach walutą są „lajki”. Gdy trafimy na treści, z którymi się nie zgadzamy, czujemy potrzebę, a wręcz przymus wypowiedzenia swojego sprzeciwu. Odpowiadanie na takie komentarze jest walką z wiatrakami, bo nie chodzi o rzeczowe podejście do tematu, ale o walkę przekonań.

Najgroźniejsze jest to, że prawie wszystko, co zobaczymy w mediach, przyjmujemy za prawdę. To, co ukazuje się na łamach prasy, natychmiast staje się faktem, od razu dzieli ludzi na obozy zdolne do zaciekłej walki za tym lub przeciw temu. To najcięższa rzecz, jakiej doświadczam w pracy redakcyjnej. Jako autor piszę, by ludzie przyjmowali moje teksty wyłącznie jako punkt odniesienia do własnej, pogłębionej refleksji. Bazując na faktach strama się przedstawić kontekst w jakim ja interpetuje dany argument. Najczęściej innych ludzi obrażają ci, którym wydaje się, że ich świat został zburzony – którzy nie potrafią rozróżnić, co jest opinią, a co obiektywnie faktem. Nie dopuszczają oni myśli o „zderzeniu interpretacji”, bo sami siebie mają za wyznacznik prawdziwości – „tak myślę, więc taka jest prawda”.

Walkę o prawdziwość i rzetelność przekazu każdy z nas musi stoczyć sam. Przede wszystkim trzeba od nowa nauczyć się myśleć – za siebie, mieć dystans i być krytycznym. W mediach zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce posłużyć się postprawdą. Popyt napędza podaż, sukces serwisów plotkarskich w jakiś sposób określił kierunek, w którym idzie publicystyka. Dlatego warto szukać źródeł. Wewnętrzny bojkot jest najlepszą formą walki z tym zjawiskiem.

Pozostaje jeszcze język. Jeżeli sami komentując przestaniemy grać na emocjach, to szybko zobaczymy, że ci, którzy jeszcze przed chwilą byli naszymi śmiertelnymi wrogami, stali się partnerami rzeczowej dyskusji. Wyznacznikiem dobrego dialogu nie jest przekonanie oponenta do naszych racji, ale zwrócenie jego uwagi, że istnieją jeszcze inne argumenty – dialog wygrywa się wspólnie, nie pokonując drugiego.

Przykład tego co działo się wokół wypowiedzi papieża Benedykta XVI najlepiej pokazuje, że media – a zwłaszcza Internet – są źródłem, wobec którego trzeba mieć dystans. Gdy następnym razem ruszymy z odsieczą w obronie „prawdy” zastanówmy się, czy nie walczymy ze zwykłą opinią. Jedyna walka jaką Bóg uznaje, to ta o zbawienie człowieka, ale ją stoczył sam, na krzyżu.

***

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu DEON.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *