Boga najlepiej widać o świcie

Przez cztery tygodnie uczymy się czekać i nie przespać prawdziwego wschodu. Dla każdego z nas to wyzwanie. Bez rorat nie zrozumiemy czasów ostatecznego adwentu, w których żyjemy. Fenomen tej porannej mszy widać zwłaszcza wśród młodych ludzi.

Szósta rano, na zewnątrz temperatura poniżej zera, resztki śniegu zalegają przy krawężnikach ulic. Oszronione tramwaje wypełnione młodymi ludźmi mkną przez miasto. Dziwna sprawa – prawie wszyscy wysiadają pod kościołami. Ale to nie przypadek – kierują się właśnie w ich stronę. W środku ciemno, zimno, słychać pochrząkiwanie ludzi. Z każdą chwilą ścisk się zwiększa, robi się coraz cieplej. Chwilę później wszyscy – jakby na czyjś znak – odpalają drobne woskowe świece, które otrzymali przy wejściu lub przynieśli ze sobą. Cały kościół rozjaśnia się i rozbrzmiewa donośnym Rorate caeli desuper. Rozbrzmiewa bardzo młodym głosem.

Tęsknota nie pozwala spać
W dużych miastach akademickich uczestnictwo w roratach to nie nowość, a dla wielu studentów już prawie obowiązek. Studiowałeś i nie byłeś ani razu na roratach? Tego nie można przegapić, to jest na stałe wpisane w bycie studentem. Z rorat się nie wyrasta. Przychodzą rodziny z dziećmi, młodzi małżonkowie i dziadkowie. To samo dzieje się w małych miejscowościach. Co takiego jest w tej mszy, że czeka się na nią cały rok? Jaki jest fenomen rorat?
O tym trzeba się po prostu przekonać. Roraty są urzeczywistnieniem tęsknoty, którą każdy z nas nosi w sercu. To tęsknota za Bogiem i Jego obietnicami. Tęsknimy do Jego obecności w naszym życiu i do przypomnienia sobie, jak wyprowadził Izraelitów z niewoli, i pozwolił dotrzeć na miejsce, w którym stał się jednym z nich. Szukamy Boga, który stanie się jednym z nas. Moja znajoma ujęła to najtrafniej słowami: „Zrywam się przed świtem, żeby spotkać się z Nim. A tym samym powiedzieć Mu z całą bezczelnością – Twoja obecność w tej postaci mi nie wystarcza! Wracaj już, bo tęsknię!”.

Kim będę, gdy przyjdzie?
Mówi się, że młodzi żyją, jakby wszystko było wieczne. Roraty są dowodem, że jednak mamy perspektywę przemijania. Bardziej szukamy prawdy o końcu czasów, niż oczekujemy Bożego Narodzenia. Bo to poszukiwanie nadaje sens naszemu życiu. Na pytania o swoje życie trzeba umieć odpowiedzieć. Wyłaniająca się z ciemności nocy msza przynosi nam perspektywę ponownego przyjścia Jezusa. W tym porannym świetle wszystkie nasze pytania zatrzymują się na najważniejszym: kim będę, gdy Jezus powróci? Jakiego mnie spotka?
Chcemy widzieć Boga zaangażowanego w nasze życie. Zbawienie, które dokonało się na krzyżu, nie jest wcale końcem. Powrót do starotestamentalnej narracji, do historii obecności Bożej w dziejach Izraela i bezpośredniego działania pośród nich przypomina nam, że jest On Bogiem obecnym. Pozwala nam zrozumieć obecność eucharystyczną i poczuć pragnienie, by było Go jeszcze więcej. Rozpoczynając z Nim dzień, ludzie mają głębokie przeświadczenie, że prawdziwy wschód rozpoczyna się w nas dzięki Niemu. Niesamowite bogactwo liturgii i śpiewu pokazuje nam głębię naszej wiary. Możemy uczestniczyć w tradycji Kościoła, w tym, co od wieków Ojcowie rozeznawali przez Ducha Świętego. Tę tradycję powierza się w nasze ręce, abyśmy ją kontynuowali. Nasze żywe uczestnictwo jest życiem Kościoła – odnalezieniem w nim swojego miejsca.

Ewangelia nie kończy się przy ołtarzu
Roraty to nie tylko msza święta, ale także wszystko, co dzieje się dookoła nich. Wspólnoty, które je organizują, zazwyczaj zapraszają po mszy na śniadanie. I przychodzą nie tylko studenci. Wiele osób czuje się samotnych, szuka wspólnoty. Spotykając się przy stole, mogą wyjść do ludzi z opowieścią o sobie samych i, co najważniejsze, o Bogu. Żadne najlepsze kazanie nie zastąpi tego, co możemy o Nim powiedzieć własnymi słowami. Nasze doświadczenie Boga jest przedłużeniem Ewangelii, którą słyszymy na mszy. W historii naszego zbawienia, wciąż trwającej, odnajdujemy wszystkie Boże obietnice. Starotestamentalni prorocy ożywają poprzez nasze doświadczenia życiowe. Czy jestem bardziej Jeremiaszem, Izajaszem, czy może Amosem? Przede wszystkim jestem sobą, ale moje życie nie pozostaje bez odpowiedzi.

Uchwycić moment świtania
Wreszcie roraty to przygotowanie nie tylko do samych świąt, ale w ogóle do tajemnicy wcielenia. Z pokorą stajemy przed tym, co dla nas niezrozumiałe: zarówno w tym, jak się to stało, jak i w pytaniu, dlaczego w ogóle się stało. Ile w naszym życiu jest takich momentów, w których zawodzą wiedza, doświadczenie, wypracowane rozwiązania? Bóg nie zawodzi nigdy. Idziemy z Maryją, młodą dziewczyną, na spotkanie samego Boga. Ona nie była wtedy jeszcze zraniona cierpieniem Golgoty, nie była matką wszystkich ludzi. To była prosta dziewczyna pełna marzeń i łaski. Tak jak my, bo łaska Boża nam towarzyszy i trzeba umieć ją dostrzegać. Maryja z czasów pierwszego Adwentu to każdy z nas, kto jeszcze w ciemności i oczekiwaniu na wschód widzi płomień nadziei – tak jak my oglądamy płomień świecy. Po ten sens przychodzimy. To nas gna wczesnym rankiem do kościoła. Chcemy doświadczyć prawdziwej ciemności i prawdziwej światłości. I to samo dzieje się później w liturgii paschalnej, która jest dopełnieniem oczekiwania.
Bez rorat nie zrozumiemy czasów, w których żyjemy. To czas ostatecznego Adwentu. Przez te cztery tygodnie uczymy się czekać i nie przespać prawdziwego wschodu. Dla każdego z nas to wyzwanie. Wstanie z łóżka to początek cudu w naszym życiu – „wstań, twoja wiara cię uzdrowiła”. To powstanie z każdego letargu i każdej stagnacji naszego życia. Jeżeli nigdy nie byłeś na roratach, daj się zaskoczyć i znajdź własny sens. Prawdopodobnie pierwszy raz w życiu przeżyjesz coś naprawdę.

***

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu DEON.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *