Biskup, który nosi pierścień z szarej blachy

Od każdego z papieży czegoś się nauczył. Widać jednak, że dopiero jako jałmużnik papieski odnalazł swoje miejsce. Ksiądz abp Konrad Krajewski, to postać wyjątkowa, którą warto poznać. Jest przedłużeniem rąk papieża w czynieniu miłosierdzia.

Urodził się 25 listopada 1963 roku w Łodzi. Dziewiętnaście lat później wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego diecezji łódzkiej. Święceń kapłańskich udzielił mu 11 czerwca 1988 roku bp Władysław Ziółek. Swój pierwszy dekret otrzymał do parafii Ruśćcu. Magisterium uzyskane na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim zaprowadziło go do Rzymu, gdzie w 1990 rozpoczął studia w Papieskim Instytucie Liturgicznym św. Anzelma. W 1995 roku uzyskał doktorat z teologii na Papieskim Uniwersytecie św. Tomasza z Akwinu.

Jego zamiłowaniem od początku była liturgika. Po powrocie do Polski sprawował funkcję ceremoniarza bpa Ziółka, a także był wykładowcą liturgiki i dyrektorem biblioteki WSD w Łodzi. Dwa lata później został prefektem tegoż seminarium. W tym czasie pełnił posługę ceremoniarza podczas pielgrzymki Jana Pawła II do Polski. To prawdopodobnie tam został dostrzeżony przez Ojca Świętego. W roku 1998 wyjechał ponownie do Rzymu, by pracować w Urzędzie Papieskich Celebracji Liturgicznych. Otrzymał godność prałata honorowego Jego Świątobliwości, a niedługo później stał się również kapelanem. Jego losy na stałe związały się z kolejnymi papieżami.

Tyle możemy dowiedzieć się z oficjalnych notatek biograficznych. Arcybiskup Konrad Krajewski to postać niezwykle bogata wewnętrznie i zarazem skryta. Z wielką pokorą wykonuje kolejne powierzane mu zadania. Jeżeli spojrzymy na jego życie wnikliwiej, można zrozumieć decyzje, które podejmuje. Jego zawołanie biskupie Misericordia mówi wszystko o „człowieku papieża Franciszka”, jak nazywają go bezdomni w Rzymie.

Wychowywał się w dwóch środowiskach. Pierwszym był Ruch Światło-Życie. Zapewne stamtąd wyniósł szczególną troskę o Ewangelię. Do dzisiaj podkreśla, że „Ewangelia musi pozostać Ewangelią; kiedy zaczyna się «ale», kończy się Ewangelia”. Jako młody kleryk chodził na pielgrzymki do Częstochowy. Robi to do dziś, przybywając z Watykanu do Polski na kilka dni. Te doświadczenia nauczyły arcybiskupa bycia blisko z ludźmi, co wynika przede wszystkim z potrzeby serca, a nie wymagań urzędu.

Arcybiskup Konrad Krajewski zwykle nie udziela wywiadów, kierując się zasadą usłyszaną od papieża Franciszka: „Nie masz mówić o biednych, masz z nimi żyć”. Dlatego na rozmowę, którą przeprowadziła z nim dziennikarka Brygida Grysiak, trzeba było tak długo czekać.

Był ceremoniarzem trzech ostatnich papieży. Jako najbliższy współpracownik Jana Pawła II był obecny przy jego śmierci i pochówku. Dbał o niego za życia i po śmierci. Bardzo przeżył ten czas odchodzenia Ojca Świętego, który był jego mistrzem życia duchowego i wzorem świętości.
– Zakładałem mu mitrę, podawałem pastorał i wiedziałem, że dotykam się człowieka świętego – mówi abp Krajewski.

Benedykt XVI pozostawił go przy sobie. Arcybiskup Krajewski niósł przed nowo wybranym papieżem krzyż w chwili, kiedy ogłaszano wybór i towarzyszył mu do ostatnich dni, gdy ten ustępował z urzędu. Zbliżała ich teologia, do której obydwoje mieli zamiłowanie.

Mieszkając w Watykanie, rozdawał ubogim jedzenie, które pozostało po spotkaniach oficjeli. Zapraszał również bezdomnych do swojego mieszkania. Wszystko to robił z nieprzymuszonej woli, narażając się tym wielu duchownym w Wiecznym Mieście. Może właśnie to zwróciło uwagę papieża Franciszka, który w 2013 roku uczynił go swoim jałmużnikiem i podniósł do godności arcybiskupiej. Ojciec Święty do dzisiaj twierdzi, że to nie był jego wybór, tak miało po prostu być. I w tej roli abp Krajewski odnajduje się całkowicie: – Papieża Franciszka po prostu chce się naśladować – mówi.

Od każdego z papieży czegoś się nauczył. Widać jednak, że dopiero jako jałmużnik papieski odnalazł swoje miejsce. Ludzie nie są zaskoczeni tym, jak żyje i co głosi, ponieważ zawsze uważali go za szaleńca Bożego. Wyróżnia się zaangażowaniem i autentyzmem i tego też szuka u innych. W wierze również pragnie prostoty. Gdy dowiedział się o swojej nominacji biskupiej, po prostu przyleciał na kolejną pielgrzymkę do Częstochowy i to ona stała się jego rekolekcjami przed przyjęciem sakry.

Jego rodzice odeszli wcześnie, więc nie mogli towarzyszyć mu, gdy zostawał biskupem. Brat zginął tragicznie na morzu. W tej historii arcybiskup dostrzega swoje powołanie: „Może to było potrzebne, żeby moimi najbliższymi byli ci, którzy są porzuceni i opuszczeni”. Wyjątkową wrażliwość pokazał szczególnie, gdy opowiadał o swoim pobycie na Lampedusie. Towarzyszył służbom humanitarnym w wyławianiu ciał uchodźców, którzy zginęli na Morzu Śródziemnym: – Drodzy państwo, zapraszam na statki, na wyławianie ciał, skoro nie chcemy pomagać – powiedział. On sam przecież doświadczył utraty kogoś bliskiego w podobny sposób. Dlatego nie tylko rozumie, ale stara się także być na miejscu i uczestniczyć w niesieniu pomocy, w cierpieniu.

Jest zawsze o krok przed wszystkimi, rozpoznaje cierpienie wcześniej, bo w ogóle nie myśli o sobie. Był pierwszym, który podejmował temat uchodźców, gdy Europa nie zauważała jeszcze problemu. Trafia na dworce i do obozów jeszcze przed służbami. Prosi, by nie nazywać go eminencją, nie chodzi uzbrojony nawet w niebezpieczne miejsca. Ewangelii też nie traktuje jako broni – niesie ją dla ludzi, a nie przeciwko nim.

Od kiedy został jałmużnikiem, stara się być tam, gdzie nie może dotrzeć papież. Swoje mieszkanie oddał bezdomnym, sam sypia w biurze. Słyszy prośby o pomoc z każdego miejsca świata i odpowiada na nie. Potrafi przylecieć na pogrzeb nieznanej osoby, by pocieszyć bliskich. Roznosi śpiwory i kawę po rzymskich dworcach. Na placu św. Piotra ustawił prysznice dla bezdomnych, zaprosił fryzjerów, medyków. Gdy przyjechał na zaproszenie o. Jana Góry, by poprowadzić nabożeństwo pokutne na spotkaniu młodzieży Lednica 2000, sam przystąpił do spowiedzi na oczach tysięcy młodych.
– Jestem tylko grzesznikiem wierzącym w Boże miłosierdzie – powiedział. Jak nikt rozumie, że pokuta i miłosierdzie są ze sobą silnie związane.

Arcybiskup Konrad Krajewski jest człowiekiem czynu. Świadectwo to podstawowy wymiar jego pracy – daje je wszędzie każdym swoim czynem, zachowaniem i słowem.

Na palcu nosi biskupi pierścień z szarej blachy, pielgrzymi szlak przemierza w sutannie. Nie stara się podkreślać tym niczego, po prostu taki jest. Bycie biskupem to dla niego kolejne powołanie do bycia jeszcze bliżej ludzi. Działania, które podejmuje, bywają na granicy prawa. Nie kupuje biednym jedzenia, ale siada, by zjeść z nimi, bo przywrócenie godności znaczy więcej. Prawem, które go obowiązuje, jest czysta Ewangelia. Podkreśla, że nigdy nie chce jej się sprzeniewierzyć: „Mogę iść do więzienia, ale chcę mieć pokój serca”.

Ksiądz arcybiskup jest wciąż zakochany w Polsce. Porusza go duchowość, w której został wychowany, ma ogromny szacunek dla polskiego Kościoła. Stroni od krytykanctwa i utarczek, które nie podobają mu się tutaj, ale z radością wraca do kraju. To jego ziemia, dom, ojczyzna. To właśnie na niego najbardziej mogą liczyć Polacy w Rzymie. Po śmierci Jana Pawła II otoczył tam duszpasterską opieką Polonię. Sprawował msze święte za duszę zmarłego papieża. Prywatną żałobę przeżywał wśród rodaków, był silny, bo potrzebowali go wierni.

Wieczorami zdarza mu się zapraszać do siebie najróżniejszych znajomych: z pracy, z ulicy, z kraju. Nazywa ich rodziną. To oni opowiedzieli o kolejnej nieznanej pasji księdza arcybiskupa – jest świetnym kucharzem, mistrzem kuchni włoskiej, jak nazwał go ks. Piotr Turek. Dzisiaj patrzymy na niego przez pryzmat funkcji jałmużnika papieskiego, ale dla tych ludzi, którzy znają go od lat, niewiele się zmieniło. Zawsze był taki i właśnie to dostrzegł Ojciec Święty. Dlatego, choć na twarzy arcybiskupa Krajewskiego maluje się fizyczne zmęczenie, robi on to, co kocha, co zawsze robił – żyje z ludźmi.

Każdy z nas ma w życiu kogoś takiego, z kim rozumie się bez słów, dla kogo nasze szalone pomysły mają sens i są realne. Taki duet tworzą papież Franciszek i arcybiskup Krajewski. To po prostu przyjaciele mający wspólny cel i fundament. Można to przyjąć na żarty, ale wszyscy chcielibyśmy doświadczyć takiej przyjaźni i wzajemnego zaufania.
– Kiedy mówię papieżowi: „Dziś wieczór wychodzę na miasto”, zawsze istnieje ryzyko, że pójdzie ze mną – mówi arcybiskup. Są razem niezwykłym darem dla Kościoła powszechnego.

***

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu DEON.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *