Aleppo, to o nas

Ile razy słysząc w wiadomościach o kolejnej ludzkiej tragedii wydaje nam się, że nas to nie dotyczy. Jesteśmy na jednej planecie i choć globalna sieć mediów daje nam złudzenie, że świat jest na wyciągnięcie ręki, to jednocześnie mamy wrażenie, że chodzimy po innej ziemi niż bohaterowie usłyszanych historii. Dramat kojarzy nam się jedynie z teatrem, a życie traktujemy jak spektakl, w którym zawsze można opuścić kurtynę jeśli wymknie się nam z pod kontroli. W prawdziwym życiu nie ma niestety suflera, dublera, ani nawet przerwy między aktami. Warto nabrać empatii wobec cierpienia ludzi na świecie. To naprawdę mogliśmy być my.

Do takiej refleksji skłoniły mnie wakacje w rodzinnym domu. Kiedy spotyka się liczna rodzina, a ja taką mam, można usłyszeć naprawdę wiele wspomnień. Każdy wuj, ciocia czy babcia pamięta inny fragment naszej wspólnej historii. I choć co roku poruszamy te same wątki, to człowiek przecież dojrzewa i zadaje inne, głębsze pytania. Wiele razy słyszałem opowieść o pojawieniu się mojej rodziny w Wielkopolsce. Jednak kilka dni temu po praz pierwszy poczułem, że to mnie dotyczy, jest częścią mnie. Patrząc na zdjęcie małego chłopca uratowanego w gruzach Aleppo pomyślałem, że różni nas tylko kilka zbiegów okoliczności, które sprawiły, że ja żyję w pokoju, a on jest dotknięty wojną. Kilka decyzji podjętych nie przez nas, choć kształtują nasze życie.

Rodzice mojej mamy doświadczyli okrucieństwa wojny na wschodzie Polski. Dziadek pochodził z terenów dzisiejszej Białorusi. Mieli w tamtych czasach dobrze prosperujące gospodarstwo. I to była ich jedyna wina. Takich zsyłano na Syberię. Miał może 15 lat gdy będąc u rodziny na żniwach dotarła do niego wiadomość, że rodziców zabrano do Gułagu. Dwa lata ukrywał się w ziemiance, a jedyną alternatywą było dołączenie do Armii Czerwonej. Mając 17 lat przepłynął Niemen i ukrywając swój wiek wstąpił do Polskiego Wojska. Walcząc pod dowództwem gen. Maczka został ranny. Po wielu latach odnalazł przez Polski Czerwony Krzyż zaginionego ojca i sprowadził go do Polski. Niestety matka zmarła w transporcie na Syberie.

Babcia natomiast pamiętała rzeź wołyńską. Za życia nie wiele o tym opowiadała, nie wszystkim, ale historia się zachowała. Miała wtedy ok 11 lat. Było ich ośmioro i rodzice. Tej nocy przybiegł sąsiad, Ukrainiec i ostrzegł ich o planowanym mordzie na Polakach. Zdążyli zabrać tylko trochę podstawowych rzeczy, pościel i uciekli drewnianym wozem w stronę Lubelszczyzny. Tam z resztą poznała mojego dziadka ze strony taty. Po latach spotkali się znowu w małej wielkopolskiej wsi, a ich dzieci (moi rodzice) wzięli ślub.

Rodziców mojego taty wojna również nie oszczędziła. Babcia do dziś wspomina jak żołnierze Armii Czerwonej obchodzili się bez litości z ludźmi. Krzyki gwałconych kobiet było słychać całą noc. Jej mamę przed tym losem uchroniło właśnie posiadanie małego dziecka. Dziadek nim trafił do Wielkopolski, jako nastolatek został wywieziony z Lubelszczyzny do obozu pracy w Salzgitter. Wyzwolono ich dopiero z końcem wojny. Jedyną historią jaką pamiętam bezpośrednio z ust dziadka jest ta o kromce chleba. Często proponowano wygłodzonym robotnikom dokładki. Tych , którzy się po nie zgłaszali rozstrzeliwano i ośmieszano. Dziadek natomiast wspominał kawałek chleba ukryty pod pryczą, który ssał wiele dni by nie czuć głodu. Stamtąd wyniósł wielki szacunek do jedzenia, choćby najmniejszego okrucha.

Dlaczego o tym piszę? Bo patrząc na moje szczęśliwe i pełne pokoju życie nikt nie pomyślałby ile ono kosztowało. Nie mnie, ale moich dziadków. To, że dzisiaj ja i moi rodzice tak żyjemy zawdzięczamy im. Wszystkim ludziom, którzy widząc tyle zła pragnęli pokoju i nigdy w niego nie zwątpili. Na całym świecie wciąż są wojny i straszliwe konflikty, a najbardziej cierpią niewinni, sprawiedliwi i bezbronni. Czym się różnimy od nich? Ludzie pełni nienawiści stoją za tym cierpieniem. Dziś Syria, Liban, Sudan, Irak – a jutro? – Niemcy, Stany Zjednoczone, Polska. Nienawiść nie zna granic geograficznych ani ram czasowych. Wystarczą źli ludzie w złym momencie. Kierowani własnymi zranieniami zadają ból innym w imię źle pojmowanej sprawiedliwości, potęgi i władzy. Żyjemy na tej samej ziemi co współcześni męczennicy, ta po której stąpamy przesiąknięta jest krwią. Moje rodzinne historie pokazują, że na tym miejscu mogliśmy być my. Pamiętajmy o tym, kiedy kolejny raz odmówimy pomocy potrzebującym. Kto nam przyjdzie z pomocą?

Bp. Ryś napisał w jednej ze swoich książek, że krew Abla wołała do Boga z ziemi. Krzyczała o sprawiedliwość, pomstę. Jednak jest poza wszelkim czasem jeszcze jedna krew, która woła z ziemi do Boga Ojca. To krew Jezusa błagająca o przebaczenie i miłosierdzie. Pomimo tej historii w moim domu było przebaczenie. Pokolenie moich dziadków zerwało z nienawiścią. Oddzielili pielęgnowanie pamięci od  uprawy nienawiści. I tylko dzięki temu czekała ich jakakolwiek przyszłość. A w tej przyszłości pojawiłem się także ja. Jestem bardziej dzięki ich przebaczeniu niż sprytowi w czasach wojny. Tylko miłosierdzie ma moc sprawczą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *